post title
  • Dominik, 39 lat

Jestem szczęśliwy i bezpieczny

Urodziłem się w moim ukochanym mieście Poznaniu. Jestem jedynakiem - rodzice zmarli kilka lat temu. Wspomnienia z dzieciństwa są bardzo pozytywne i miłe, rodzice szanowali mnie, a ja ich.

Lubiłem chodzić do szkoły - najpierw była to podstawowa, a następnie zawodowa o profilu ogrodniczym. W wolnym czasie grałem w piłkę nożną, chodziłem do kina, w wakacje wyjeżdżałem na kolonie. To były cudowne, niezapomniane, a zarazem pouczające chwile.

Po śmierci rodziców zostałem sam w mieszkaniu, które trzeba było utrzymać. Zaopiekowała się mną ciocia, która jak tylko mogła pomagała mi, lecz to nie wystarczało -wymagałem opieki całodobowej. Ukochana ciocia, której wiele zawdzięczam zaproponowała mi umieszczenie w Zespole Domów Pomocy Społecznej w Wieleniu. Zgodziłem się i dziś nie żałuję tej decyzji.

Tutaj mieszkam na oddziale, na którym przebywają sami mężczyźni. Mój pokój jest 1-osobowy. Mam tu swój telewizor - oglądam ulubione programy i słucham muzyki. Uczestniczę bardzo często we wspólnych zabawach, spotkaniach integracyjnych i terapii zajęciowej, która sprawia mi ogromną frajdę. Jestem wdzięczny cioci, że pomogła mi, gdy byłem zupełnie sam i skierowała mnie do Domu, który prowadzą Siostry Zakonne.

Jestem szczęśliwy i bezpieczny, a ciocia jest ze mną w stały kontakcie - często mnie odwiedza, z czego się bardzo cieszę.

Maj 2014

post title
  • Artur, 51 lat

Jestem szczęśliwy tak samo jak w dzieciństwie

Do nieba nie chodzę, Bo jest mi nie po drodze. Co ma być to będzie, Niebo znajdę wszędzie…” Carpe Diem - Szymon Wydra

Urodziłem się w Poznaniu, jestem jedynakiem. Dzieciństwo wspominam bardzo mile. Byłem grzecznym dzieckiem, choć w latach młodzieńczych stałem się chuliganem – chodziłem na wagary i byłem psotnikiem. W okresie dorastania życie potoczyło się innym torem. Odbyłem służbę wojskową w 37 Pułku Śmigłowcowym w Leźnicy Wielkiej koło Łęczycy. Byłem tam „strażakiem”, a ściślej kierowcą straży pożarnej.

Po zakończeniu służby wojskowej, w dyskotece - byłem osobą towarzyską, lubiącą się bawić - zapoznałem swoją pierwszą miłość. Ożeniłem się i urodziło się nam dwoje dzieci. Niestety małżeństwo nie przetrwało, rozeszliśmy się i kontakt z rodziną się urwał. Moje drogi „rozjechały się” po całym świecie. Pracowałem w różnych miejscach i zawodach w kraju i za granicą, przy czym z racji zamiłowań zwiedziłem większość bardzo ciekawych miejsc m.in.: Watykan, Paryż, Petersburg, Wielką Brytanię, odwiedziłem Matkę Bożą w Lourdes. Całe dotychczasowe życie polegało na pracy. Kiedy moi rodzice zachorowali, pomagałem im jak tylko mogłem. Zrezygnowałem z pracy za granicą, zajmując się pracą dorywczą. Rodzice jednak zmarli i zostałem sam.

W dzień walentynek 14.02.2013r. dopadła mnie choroba, doznałem wylewu krwi do mózgu i na 3 miesiące straciłem kontakt z rzeczywistością. Po przebudzeniu i długotrwałej terapii, nabrałem sił i zostałem wypisany do domu, który był niestety pusty. Poprosiłem fachowca o wykonanie małego remontu w kuchni. Przez te przeróbki została naruszona instalacja gazowa i na własną prośbę zrobiłem sobie „piekło” w domu – nastąpił wybuch gazu. Trafiłem na 4 miesiące do szpitala z poparzeniami III stopnia. Nie miałem do kogo i dokąd wrócić - mój dom legł w gruzach.

W czasie pobytu na oddziale oparzeniowym zainteresował się mną pracownik opieki społecznej. Zostałem skierowany i umieszczony w Zespole Domów Pomocy Społecznej w Wieleniu, o którym mogę dużo powiedzieć, choć jestem tu stosunkowo krótko. Teraz jestem już zdrowy (oczywiście naznaczony bliznami ) i na swój sposób szczęśliwy. Mam bardzo duże poczucie humoru, lubię sobie pożartować. Mam tutaj bardzo dobry kontakt z osobami, które się mną opiekują. Uczęszczam regularnie na terapię zajęciową, rehabilitację, Msze Święte. Staram się być pomocny personelowi i z tego miejsca chciałbym wyrazić szczere podziękowanie od mojej skromnej osoby w szczególności Siostrze Dyrektor, ale również całemu kierownictwu i personelowi.

Na zakończenie mojej kartki z pamiętnika pragnę wyrazić to, co najważniejsze: jestem szczęśliwy tak samo jak w dzieciństwie.

Luty 2014
post title
  • Romek, 58 lat

To jest po prostu mój nowy, prawdziwy dom

Urodziłem się 9.04.1956 roku w Poznaniu. Miałem troje rodzeństwa. Rodzice pracowali zawodowo - mama w sklepie, a tata w rzeźni. Mieszkaliśmy w centrum Poznania, w starej kamienicy na drugim piętrze.

Dzieciństwo wspominam z przykrością – było mi bardzo ciężko. Tato okropnie reagował na moje kalectwo. Dawał mi odczuć, że jestem gorszy i nic nie znaczę. Nigdy nie zabierał mnie do swoich znajomych. Kiedy wychodzili z mamą, mnie zostawiali samego w domu. Wstydził się mojego kalectwa bardzo – najchętniej gdzieś by mnie schował. Proszę sobie wyobrazić, że gdy w domu była jakaś uroczystość, to ojciec potrafił mnie wyzywać przy gościach i traktować jak psa. A co na to goście? Przyznawali mu rację.

Mama próbowała stawać w mojej obronie, ale ojciec uciszał to wszystko. To był człowiek bardzo surowy, despotyczny, skory do kłótni. Mama się go bała. Wiele razy byłem świadkiem ich awantur.

Ze względu ma moje kalectwo nigdy nie chodziłem do szkoły - to nauczyciele przychodzili do domu. Ale nie radziłem sobie. Teraz wiem, że w tamtym czasie nauczyciele chyba zwyczajnie nie wiedzieli co ze mną robić. Nie lubiłem ich zresztą. Dobrze wspominam tylko katechetkę, która uczyła mnie religii. Była bardzo sympatyczna i miała bardzo dużo cierpliwości dla mnie. Nigdy nie krzyczała i bardzo dużo się uśmiechała. To ona nauczyła mnie katechizmu.

Do Pierwszej Komunii Świętej przystąpiłem 14 maja 1967 roku w Parafii św. Marcina w Poznaniu, a Sakrament Bierzmowania przyjąłem w roku 1968.

Moja sytuacja zmieniła się dopiero po śmierci taty. Wtedy zaczęliśmy z mamą jeździć na różne turnusy rehabilitacyjne i na rekolekcje. Poznałem tam fantastycznych ludzi, z którymi do dnia dzisiejszego utrzymuję kontakt. Był to też okres, w którym bardzo zbliżyliśmy się z mamą. Poświęcała mi dużo uwagi, ale przede wszystkim w domu zapanował spokój.

Z duszpasterstwem w kościele św. Rocha prowadzonym przez księdza Mateusza Misiaka zwiedziłem Paryż i Rzym. Jeździłem z nimi na różne, fantastyczne turnusy. To był zupełnie inny świat. Tam czułem się komuś potrzebny, zauważony ...

Gdy stan zdrowia mojej mamy uległ znacznemu pogorszeniu postanowiliśmy znaleźć dla nas nowy dom. I znaleźliśmy go tutaj – u Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi w Wieleniu, gdzie jest mi bardzo dobrze i czuję tu się wspaniale. To jest po prostu mój nowy, prawdziwy dom.

Maj 2014

post title
  • Regina, 79 lat

Mogę spać spokojnie i z ufnością patrzeć w przyszłość

Nie ukrywam, że przed zamieszkaniem tutaj byłam pełna obaw. Bałam się tej decyzji, ale jak to mówią „strach ma wielkie oczy”. Teraz wiem, że odkąd tutaj jestem mogę spać spokojnie. Problemy, które miałam mam, ale stały się one bardziej odległe. Zacznę jednak od początku.

Urodziłam się na Śląsku w miejscowości Ruda Śląska 15 listopada 1934 r. Po ukończeniu szkoły podstawowej w Bielszowicach zapisałam się do Liceum Ogólnokształcącego. Z powodu ciężkiej sytuacji w domu przerwałam szkołę i zaczęłam pracować jako recepcjonistka w szpitalu. Praca sprawiała mi przyjemność. Ciągły ruch, harmider, kontakty z ludźmi - to było coś dla mnie. Swoją przyszłość zaczęłam wiązać ze szpitalem. Zaczęłam uczęszczać do szkoły pielęgniarskiej w Zabrzu. Po jej ukończeniu zaczęłam pracować w Państwowym Szpitalu w Bielszowicach na oddziale wewnętrznym. Przepracowałam tam 15 lat.

W wieku 21 lat poznałam swojego przyszłego męża, który pracował na kopalni. Po 16 latach małżeństwa w wypadku na kopalni go straciłam. Bardzo to przeżyłam. Nasze małżeństwo było bardzo udane - każdemu życzę takiego męża, jakim był mój Stefan. Po trzech latach od śmierci Stefana poznałam mojego drugiego przyszłego męża Wacława.

Poznaliśmy się w sanatorium w Dusznikach Zdrój. Pobraliśmy się bardzo szybko. Zamieszkaliśmy w Owińskach. Po półtora roku urodził się nam syn Konrad. Jak się szybko okazało mąż lubił zaglądać do kieliszka. Nie dbał o rodzinę i o siebie. Przypłacił to zawałem. Udało się go odratować. Przeszedł na rentę. Niestety zaczęło się u nas w domu bardzo źle dziać. Alkohol i awantury były na porządku dziennym. Nieraz musiałam uciekać do sąsiadki przed mężem. Gehenna ta trwała 8 lat. Do czasu kolejnego zawału męża. Może nie powinnam, ale powiem że po jego śmierci odetchnęłam. Myślałam, że teraz będzie spokojniej, lepiej mi się będzie żyło ale, niestety nie. Problemy potoczyły się lawinowo. Problem z synem, ciągły brak pieniędzy, a co za tym idzie branie pożyczek na życie. W ten sposób wpadłam w tarapaty. Sprzedaż domu, komornicy, monity do zapłaty. Wszystko mnie przerosło.

Tu odnalazłam spokój i mimo, iż kłopoty nie zniknęły jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej, to nie muszę się martwić o jutro, mogę spać spokojnie i z ufnością patrzeć w przyszłość. No i przede wszystkim nie jestem sama, otaczają mnie życzliwi ludzie i już się nie boję.

Luty 2014