post title
  • Pani Maria, lat 51

"Osoby, które tu spotkałam zastępują mi rodzinę..."

Od prawie trzech lat mieszkam w Domu Pomocy Społecznej w Wieleniu. Nigdy nie przypuszczałabym, że znajdę się w takim miejscu. Urodziłam się w Chojnie koło Smogulca. Byłam niepokornym dzieckiem, rodzice mieli ze mną spore problemy. Dorastałam i miałam plany na przyszłość: własny dom, mąż, dzieci, jednym słowem - szczęśliwa rodzina. Jednak życie płata figle. Nie zawsze jest tak jakbyśmy chcieli. Wybory jakie podejmujemy nie zawsze są trafne. Moim największym błędem okazało się wyjście za mąż za człowieka, którego tak naprawdę nie znałam.

Henryka poznałam w lipcu 1988 roku, nasze randki i spotkania były aranżowane. Wtedy nie zdawałam sobie sprawy dlaczego tak Henrykowi zależy na rychłym ślubie. Jak się później okazało miał dużo do ukrycia.

Nasz ślub odbył się w listopadzie 1988 roku. Po dwóch latach urodziłam syna Grzegorza, później na świat przyszła córka Małgosia. Niestety moje dzieci urodziły się z padaczką. Po pierwszym porodzie zaczęłam mieć problemy ze zdrowiem, nie miałam pojęcia co mi dolega. Żyłam między jednym szpitalem a drugim. Dopiero w Poznaniu postawiono ostateczną diagnozę – tętniak szyi. Operacje i nie najlepszy stan zdrowia doprowadziły do mojej niepełnosprawności, w konsekwencji nastąpiło uszkodzenie dwóch głównych nerwów. Do tego jeszcze pojawiło sie stwardnienie rozsiane i wtedy już mój stan zdrowia pogorszył sie na tyle, że nie mogłam samodzielnie funkcjonować. Po powrocie ze szpitala czułam się izolowana. Moje stosunki z mężem i teściową były napięte. Zabronili mi wychodzić z domu, zamykali mnie w pokoju i buntowali przeciwko mnie dzieci. Sytuacja stała się nie do zniesienia. Sama postarałam się o umieszczenie w Domu Pomocy Społecznej. Mimo iż jestem zadowolona z pobytu w Wieleniu, serce mi pęka na myśl o moich dzieciach, które zapomniały o moim istnieniu. Wieści o nich docierają do mnie jedynie za pośrednictwem mojego brata. To boli, tak bardzo chciałabym żeby mnie odwiedziły. Mam jednak nadzieję, że taki dzień nastąpi. A narazie rodzinę zastępują mi osoby, które poznałam w tym miejscu i które zawsze służą mi pomocą i zrozumieniem.

Listopad 2007

post title
  • Pani Halina, lat 72

"Wreszcie odnalazłam spokój ducha..."

Pochodzę z Poznania – tam urodziłam i wychowałam się, ułożyłam sobie życie.

Bardzo wcześnie – już w wieku kilku lat - straciłam matkę. Po jej śmierci wszelkie obowiązki związane z wychowaniem moim oraz mojego rodzeństwa wziął na swoje barki nasz tato. Nie było łatwo. Ojciec, chcąc zarobić na nasze utrzymanie, dużo pracował, stąd też nie posiadał dla nas zbyt wiele czasu. Pomimo tego był człowiekiem pogodnym, zawsze uśmiechniętym i chciał dla nas jak najlepiej. Dlatego też, nawet po śmierci mamy, w naszej rodzinie nie zabrakło miłości i ciepłej, rodzinnej atmosfery.

Niestety dobre czasy skończyły się z chwilą, gdy ojciec ponownie się ożenił. Macocha nie akceptowała mnie, siostry i dwojga naszych braci. Od chwili kiedy pojawiła się w naszym życiu, nie wyglądało ono już tak kolorowo.

Dorosłe rodzeństwo szybko założyło własne rodziny i wyprowadziło się z domu rodzinnego. Ja nadal mieszkałam z ojcem i macochą. Sytuacja ta nie trwała jednak długo – po kilku miesiącach ze łzami w oczach wyprowadziłam się do siostry i jej bliskich. Jednak również u niej bywało różnie, z czasem zaczęliśmy sobie przeszkadzać ... Chyba po prostu było nas za dużo ... Dzięki pracy jaką podjęłam w fabryce kosmetyków Pollena Lechia wkrótce dostałam własne mieszkanie. Miałam nadzieję na poprawę swojej sytuacji, ale niestety tylko przez jakiś czas dane mi było mieszkać „na swoim” ...

... Zaczęłam chorować. Dolegliwości kręgosłupa dawały mi się we znaki, szczególnie podczas pracy; czasami ból był tak nieznośny, że ... lepiej nie pamiętać. Przepracowałam jednak dwadzieścia trzy lata, później otrzymałam rentę.

Wówczas też, dzięki działaniom podjętym przez siostrę, uzyskałam możliwość zamieszkania w Domu Pomocy Społecznej prowadzonym przez Zgromadzenie Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi w Wieleniu.

26 kwietnia minął siódmy rok mojego pobytu w DPS.RM. Tutaj odwiedzają mnie bliscy, korespondujemy i dzwonimy do siebie. Tu zapomniałam o trudach życia i o tym, że młodość i zdrowie dawno gdzieś odeszły - odnalazłam spokój ducha, którego przez całe życie cierpiałam niedostatek.

Lipiec 2007
post title
  • Pani Melania, lat 71

"Żyję bez obawy o moje zdrowie i przyszłość"

Pochodzę z niewielkiej wsi położonej w okolicach Wielenia. Wychowywałam się w rodzinie, w której nigdy niczego nie brakowało - przede wszystkim szczęścia i miłości. Moje dzieciństwo i młodość były beztroskie. Minęły szybko, ale pozostały wspomnienia ...

Życie jest zbyt krótkie, aby je trwonić na smutki i żale.

2007

post title
  • Pani Irena, lat 80

Początki bywają trudne... Jestem tego dobrym przykładem.

Jak sięgnę pamięcią było mi zawsze dobrze. Całe moje życie było pełne miłości, życzliwości i radości. Cudowny mąż, dzieci i rodzeństwo. A jednak musiałam wszystko zostawić. Po przybyciu tutaj byłam przekonana, iż wszyscy i wszystko jest przeciwko mnie. źle się tutaj czułam. To się jednak zmieniło - „Nie taki diabeł straszny ...”.

Mam wszystko czego mi potrzeba...

2007

post title
  • Pani Marianna, lat 71

"Wstąpiła we mnie nadzieja"

Mam 71 lat. Nadszedł czas, aby podsumować swoje życie, dlatego też coraz częściej zadaję sobie pytanie: Jakie ono było?

Moje życie muszę podzielić na kilka etapów.

Pierwszy etap to okres dzieciństwa. Mimo, że przypadł on na ciężkie lata okupacji i niemniej trudny okres powojenny, to wspominam go chętnie i często. Byłam wychowywana przez ukochaną babcię, która po wczesnej śmierci moich rodziców, przejęła nade mną opiekę. Rodzeństwa nie miałam - nie czułam się mimo to jedynaczką. W naszym domu zawsze gościły dzieci sąsiadów i znajomych – od wczesnego rana było gwarno i wesoło. Mnie - „biedną sierotkę” - wszyscy darzyli współczuciem i wyjątkową sympatią. Oprócz gorących uczuć obdarowywana byłam również licznymi prezentami, m.in. pięknymi zabawkami, które zawsze przykuwały uwagę innych dzieci. Do szczęścia nie brakowało mi wówczas niczego.

Drugi etap w moim życiu to lata szkolne. Dla mnie w dalszym ciągu był to okres sielski. Nauka nie sprawiała mi żadnych trudności – babcia już dużo wcześniej przekazała mi podstawy szkolnej wiedzy. Wpoiła mi również szacunek dla nauczycieli. Żadna szkolna uroczystość nie odbywała się bez mojego czynnego udziału. Byłam z tego bardzo dumna, tak samo zresztą jak babcia. Czas nauki w szkole był dla mnie nie tylko okresem zdobywania wiedzy, ale również czasem zabawy i spotkań w towarzystwie szkolnych przyjaciół.

Niestety wówczas nie zdawałam sobie jeszcze sprawy z jakimi trudnościami finansowymi boryka się babcia. Świadoma tej sytuacji stałam się dopiero po ukończeniu szkoły podstawowej, kiedy przygotowywałam się do podjęcia dalszej nauki. Wybrałam liceum ogólnokształcące – nauki w innej szkole nie brałam nawet pod uwagę. Babcia, która utrzymywała nas ze skromnej emerytury, uświadomiła mi, że nie stać jej na moją naukę w szkole średniej. Wtedy myślałam, że to już koniec mojej szkolnej kariery. Z bólem serca podjęłam naukę w szkole zawodowej o kierunku krawiectwo. Po jej ukończeniu nigdy nie podjęłam pracy w wyuczonym zawodzie. Dopiero po wielu latach doceniłam umiejętności nabyte w szkole zawodowej - w okresie kiedy borykałam się z trudnościami finansowymi stałam się samowystarczalna w kwestii własnej garderoby.

Pomimo trudności moja babcia nigdy nie poddawała się przeciwnościom losu. Jeszcze w trakcie mojej nauki w szkole zawodowej – w miarę możliwości – posyłała mnie na kursy księgowości, maszynopisania i biurowości. Nabyte umiejętności umożliwiły mi po ukończeniu szkoły podjęcie pracy biurowej.

Tak wkroczyłam w kolejny etap mojego życia – pracy zawodowej. Byłam młoda, pełna zapału i entuzjazmu. „Babcine” wychowanie dało mi umiejętność i niezwykłą łatwość zdobywania ludzkiej życzliwości. To wszystko, jak również wiedza i umiejętności nabyte podczas kursów zawodowych, sprawiło, że w pracy – pomimo mojego młodego wieku - powierzano mi coraz odpowiedzialniejsze zadania. Był to ogromny kredyt zaufania wobec mojej osoby. Odpowiedzialna i niełatwa praca sprawiała mi ogromną satysfakcję. Ceniłam sobie kontakty z interesującymi ludźmi, a ponadto możliwość podróżowania po całym kraju - odbywałam bowiem częste podróże służbowe do Warszawy, Katowic, Szczecina.

Kariera zawodowa nie wpłynęła na moje relacje z ukochaną babcią. Potrzeba stałego kontaktu z nią – jako osobą najbliższą – nie pozwoliła mi na przyjęcie propozycji pracy pracy w Warszawie w Zarządzie PKS. Chociaż nie skorzystałam z tej oferty, stanowiła ona dla mnie ogromne wyróżnienie zawodowe.

Mimo sukcesów zawodowych odczuwałam niedosyt – nie opuszczała mnie myśl o zdaniu matury. Rozpoczęłam więc naukę w liceum ogólnokształcącym w trybie wieczorowym. Bardzo lubiłam się uczyć, a przy tym uwielbiałam szkolną atmosferę. W szkolnej ławie czułam się małą, beztroską dziewczynką, dlatego też okres ten wspominam jako jeden z najpiękniejszych w moim życiu. Po zdaniu egzaminów maturalnych zapragnęłam kształcić się dalej, podjęłam więc studia zaoczne na Akademii Ekonomicznej w Poznaniu.

Niestety, wtedy właśnie odeszła ode mnie na zawsze moja ukochana babcia. Było mi ciężko, jednak nie mogłam się załamać – od tamtej chwili byłam zdana wyłącznie na siebie. Z rozkoszą wspominałam beztroski czas, kiedy babcia chroniła mnie przed wszelkimi przeciwnościami losu. Po jej odejściu musiałam wziąć wszystko w swoje ręce, co nie było niestety łatwe. Nawet nie chcę myśleć, co byłoby, gdybym wówczas nie posiadała kapitału wiedzy, doświadczenia oraz ugruntowanej pozycji zawodowej.

Po śmierci babci zmieniłam miejsce zamieszkania. Z obszernego mieszkania w kamienicy, przeniosłam się do nowego M-2. Udało mi się tego dokonać, ale cena jaką za to zapłaciłam była wysoka. Aby zgromadzić pieniądze – najpierw na mieszkanie, a następnie na jego urządzenie – podjęłam pracę na 1,5 etatu. W związku z tym – będąc na piątym semestrze studiów - zmuszona byłam przerwać naukę. Wyrzekłam się również niemalże wszystkich rozrywek i przyjemności. Był to najtrudniejszy okres w moim życiu – dzisiaj jestem tego pewna. Najbardziej żałuję przerwanej wówczas nauki - pęd do zdobywania wiedzy minął mi bowiem bezpowrotnie. Do dzisiaj odczuwam z tego powodu pewien niedosyt i żal.

Było jednak coś, czego nie odmawiałam sobie od czasu podjęcia pracy - były to wyjazdy na wczasy w okresie urlopowym. Tym sposobem zwiedziłam wszystkie najpiękniejsze zakątki Polski. Przyczynił się do tego również fakt, iż zakład w którym pracowałam, umożliwiał pracownikom korzystanie z wyjazdów do różnych ciekawych miejsc w kraju, z czego zawsze z wielkim zapałem korzystałam.

Tak nastały lata 80-te. Zakład, w którym przepracowałam najlepsze lata swojego życia, został poddany reorganizacji. Musiałam podjąć życiowa decyzję – pracować dalej albo zmienić pracę. Miałam wiele obaw. Byłam już wówczas kobietą ponad czterdziestoletnią. Jednak Opatrzność czuwała nade mną - w krótkim czasie znalazłam zatrudnienie w zakładzie, który posiadał oddziały we wszystkich największych miastach w kraju. Mogłam więc nieprzerwanie realizować swoją pasję podróżowania, a przy tym zwiedzić resztę Polski.

Zawirowania polityczne i ekonomiczne doprowadziły do likwidacji zakładu. Nie miałam już wyboru – w wieku 52 lat ponownie szukałam nowego zajęcia. Przychylność losu pozwoliła mi jednak szybko znaleźć pracę adekwatną do umiejętności i doświadczenia.

Wtedy właśnie zaczął pogarszać się mój stan zdrowia – bóle kręgosłupa stawały się coraz bardziej uciążliwe. Dlatego też w wieku 57 lat przeszłam na wcześniejszą emeryturę.

Tym samym rozpoczął się kolejny etap w moim życiu. Mimo, że praca zawodowa dawała mi wiele satysfakcji, to dopiero po przejściu na emeryturę poczułam się naprawdę wolnym człowiekiem. Byłam szczęśliwa – tylko ode mnie zależało, jak wypełnię swój czas. Miałam tyle marzeń i planów, że wystarczyłoby jeszcze na kolejny życiorys.

Nie brałam pod uwagę tylko jednego – że powoli zbliża się już ostatni etap mojego życia. Moje plany i marzenia musiały więc ustąpić przed koniecznością coraz częstszych wizyt u lekarzy. Z miesiąca na miesiąc było coraz gorzej. W końcu trafiłam do szpitala, gdzie poddano mnie operacji. Po powrocie do domu przez jakiś czas czułam się dobrze. Mój wrodzony optymizm znowu wyzwolił we mnie nadzieje na realizację planów, na normalne życie. Ten stan nie trwał jednak zbyt długo. Dolegliwości kręgosłupa stawały się coraz bardziej dotkliwe. Zaczęłam również odczuwać bóle nóg, a już wkrótce poruszałam się tylko po domu przy pomocy balkonika. Coraz trudniej radziłam sobie z codziennymi sprawami. Byłam zmuszona zatrudnić opiekunkę i liczyć na jej pomoc. Życie stawało się coraz trudniejsze. Wówczas zrozumiałam, że już dalej sama sobie nie poradzę. Złożyłam więc wniosek o przyznanie miejsca w Domu Pomocy Społecznej prowadzonym przez Zgromadzenie Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi w Wieleniu. Jednak nie doczekałam tej chwili. Nadeszła tragiczna noc – utraciłam całkowicie władzę w nogach i ponownie trafiłam do szpitala. Po miesięcznym pobycie i bardzo wielu badaniach diagnoza lekarska całkowicie przekreśliła szanse na samodzielne życie. Skierowano mnie do Hospicjum w Złotowie.

Czasem myślę, że być może gdybym założyła rodzinę moje życie wyglądałoby inaczej. Jako osoba samotna nie mogłam liczyć na pomoc z niczyjej strony. Żyłam chyba zbyt beztrosko i dzisiaj tego żałuję ...; chociaż czasami się zastanawiam - gdy widzę ile żalu, tęsknoty, a nawet łez przysparza rodzina, która nie spełnia oczekiwań ...

W Domu prowadzonym przez Zgromadzenie Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi w Wieleniu zamieszkałam we wrześniu 2006 roku. Nigdy nie przypuszczałam, że w tym miejscu znajdę tak dobrą opiekę, tyle nadziei i ludzkiej życzliwości, zarówno ze strony Sióstr, jak i pracowników świeckich. Tutaj przyjechałam pozbawiona zupełnie władzy w nogach. Dzisiaj - dzięki ofiarnej i żmudnej pracy rehabilitantów - mogę częściowo poruszać się przy pomocy balkonika. Wstąpiła we mnie nadzieją, którą już dawno straciłam. Teraz pozostało mi już tylko jedno marzenie - aby mieć możliwość samodzielnego poruszania się.

W Domu Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek pragnę spędzić resztę swojego życia, doczesne szczątki zaś złożyć w wieleńskiej ziemi.

Wrzesień 2007

post title
  • Pani Zosia, lat 88

"Nie żałuję swojej decyzji..."

Urodziłam się w Bolechowie - małej wsi koło Poznania. W bardzo młodym wieku wyszłam za mąż. Rok po ślubie urodził się nasz syn, a wkrótce po tym przeprowadziliśmy się do Poznania.

W czasie wojny pracowałam w firmie malarskiej, potem w zakładach papierniczych. Niemcy wywieźli nas do Koła, gdzie zmuszeni byliśmy pracować ponad siły przy kopaniu rowów. W tym czasie zaszłam w ciążę. Mój stan umożliwił mi zmianę wyczerpującego zajęcia na pracę w administracji wojskowej.

Jednak już wkrótce zaczęłam odczuwać efekty wyczerpującej pracy w ciężkich warunkach. Przeszłam poważne zapalenie płuc, zaczęłam chorować na nerki i wątrobę. W 1974 roku dowiedziałam się, że mam cukrzycę. Nie pozostało mi nic innego jak zrezygnować z pracy i starać się o rentę. Jednak to nie był koniec moich problemów ... W młodym wieku zmarła moja synowa, zostawiając 9-letnie dziecko. Syn był marynarzem i nie mógł zaopiekować się dzieckiem, więc ja podjęłam się opieki nad wnuczką. Przez jakiś czas żyłam między Poznaniem a Szczecinem.

Po kilku latach niespodziewanie zmarł mój mąż. Do dzisiaj pamiętam dzień, kiedy moje dzieci przyjechały do Szczecina z wiadomością o jego śmierci ... Byłam zdruzgotana - był młodym człowiekiem, mieliśmy jeszcze wiele razem przeżyć ...

2007