post title
  • Michalina, lat 82

„Wiele przeszłam, wiele widziałam i wiele wycierpiałam ...”

  Urodziłam się w 1934 r. przed wybuchem II wojny światowej na terenie Francji. Moi rodzice pochodzili z Polski. Mając 39 lat wyemigrowali do Północnej Francji z powodu wielkiego bezrobocia, jakie wówczas panowało.
  10 kwietnia 1940 roku władze francuskie ogłosiły rozpoczęcie II wojny światowej. Kto może niech ucieka – tylko dokąd? Przed siebie. Piesi jedną trasą, a ci, którzy posiadali pojazdy konne – drugą trasą. No i tak rozpoczęliśmy wędrowną ewakuację z Północnej Francji na Południe, pod granice Hiszpanii. Nasza tułaczka trwała 2 miesiące (około 1200 km) i nie było wiadomo, dokąd.
  Pewnego pogodnego ranka 1940 roku z nieba zaczął padać deszcz – deszcz pełen bomb – zaczęło się ostrzeliwanie przez niemieckie meserszmity. To był horror. Na drodze leżało pełno trupów ludzi, zwierząt, a iść trzeba było dalej i dalej… W niektórych wsiach mieliśmy noclegi – spaliśmy w stodołach na sianie, a z rana rozpoczynały się dalsze wędrówki. Byliśmy już osłabieni, zmęczeni, wielu ludzi wykończyła choroba.
  Wreszcie nadszedł kres tułaczki. Dotarliśmy pod hiszpańską granicę i tu władze francuskie rozlokowały nas całymi rodzinami w mieszkaniach – ale tylko na jakiś czas. Ten czas trwał pół roku.
  W 1941 roku w lipcu ogłoszono rozkaz zbiórki na dworcu kolejowym, kazali wsiadać do wagonów – jechaliśmy nie wiadomo, dokąd. Po dwóch dniach dotarliśmy na miejsce. Zakwaterowano nas w obozach niemieckich – w jednym 6 miesięcy i w drugim 6 miesięcy – trwało to aż do czerwca 1942 r. Po jakimś czasie nastąpiło wyzwolenie z tych nieszczęsnych obozów i powrót do poprzedniego miejsca zamieszkania czyli Północnej Francji.
  W wieku 13 lat wraz z rodzicami powróciłam do Polski. Osiedliliśmy się w miejscowości Kuźnica Czarnkowska. Tam skończyłam szkołę podstawową i średnią. Od stycznia 1952 roku podjęłam pracę w administracji terenowej. Niestety nie było mi pisane być żoną i matką. W całości oddałam się pracy oraz opiece nad moją kochaną mamą do ostatnich chwil jej życia.
  Czas biegnie nieubłagalnie szybko, ani się człowiek nie obejrzy, aż samego go dopada starość. Dziś jestem Mieszkanką Zespołu Domów Pomocy Społecznej. Wiele przeszłam, wiele widziałam i wiele wycierpiałam …
  Cieszę się, że mam ciepły kąt i dach nad głową oraz życzliwych ludzi wokół siebie.
  Dziękuję …

Listopad 2016
post title
  • Wiesław, 50 lat

„szczęście, którego nie da się ukryć …”

Urodziłem się 50 lat temu w Trzciance. Rodzice już nie żyją. Mam rodzeństwo - brata i dwie siostry - jeden z braci zmarł, kiedy miał kilka lat.
Od początku mieszkałem i wychowywałem się na wsi. Nie było nam łatwo - tylko ojciec pracował zarabiając na rodzinę, a my już jako dzieci pomagaliśmy w sezonie w gospodarstwie rolnym sąsiada, aby choć trochę odciążyć finansowo rodziców.
Ukończyłem szkołę specjalną w zawodzie kucharz, a po niej podjąłem pracę w piekarni jako pomoc piekarza. Praca nie była lekka, lecz żeby utrzymać dom musiałem dorabiać, ponieważ ciężko było wyżyć z renty mojej i rodzeństwa. Pomimo różnych przeciwności przepracowałem około 20 lat, z czego jestem bardzo dumny.
Po śmierci rodziców mieszkałem z bratem i jedną z sióstr. Z czasem zostałem w domu tylko z bratem - bywało ciężko, ale trzeba było sobie radzić. Kiedy dowiedziałem się o mojej ciężkiej chorobie załamałem się. Najstarsza siostra, jak tylko mogła pomagała mi, wspierała psychicznie i finansowo. W końcu oboje z mężem podjęli decyzję - za co jestem im bardzo wdzięczny – iż ze względu na pogarszający się stan mojego zdrowia, powinienem zamieszkać w Zespole Domów Pomocy Społecznej w Wieleniu.
Odkąd tutaj jestem w moim życiu zaszły dwie zasadnicze zmiany: wraz z rodzeństwem jesteśmy spokojniejsi i mam tu przede wszystkim fachową opiekę lekarską oraz pielęgnacyjną, co jest niezmiernie ważne w przypadku mojego schorzenia.
Tutaj odpoczywam, wiem, że żyję... Rodzina często mnie odwiedza i cieszą się z ogarniającego mnie szczęścia, którego nie da się ukryć - jest wymalowane na mojej twarzy.

Lipiec 2016
post title
  • Kazimiera, lat 72

„Wiara dodaje mi sił …”

  Urodziłam się 03.01.1943 r. w Dorgusze. Mam trójkę rodzeństwa - młodszych od siebie braci: Jana, Józefa i Włodka, z którymi mam stały kontakt. Rodzice oraz 2 siostry niestety nie żyją. Siostra Halina zginęła w wypadku, jako młoda osoba - miała zaledwie 27 lat. Był to straszny cios dla całej naszej rodziny, nie mogliśmy się pogodzić z tą sytuacją. Natomiast druga siostra tak, jak mama zmarła na chorobę płuc.
  Skończyłam Zawodową Szkołę Rolniczą i w międzyczasie ukończyłam kurs gotowania oraz szycia. Pracowałam w Spółdzielni dla Inwalidów w Złotowie. Mieliśmy gospodarstwo rolne w Staroświętej, w którym pracowałam wraz z ojcem. Gdy mama zachorowała, a reszta rodzeństwa wyprowadziła się z domu wszystko spadło na mnie i mojego tatę. Po śmierci mamy sprzedaliśmy gospodarstwo i kupiliśmy mieszkanie w Złotowie. Ojciec miał wypadek, po którym długo się nim sama opiekowałam. Rodzeństwo mieszkało oddzielnie i założyło swoje rodziny. Nigdy nie wyszłam za mąż, dlatego poświęciłam się dla rodziców. Zawsze jednak mogłam liczyć na pomoc oraz wsparcie ze strony najbliższych. Pomagali również w opiece nad ojcem.
  W latach 90 tych zachorowałam na zapalenie płuc i do dzisiaj mam ogromne problemy z nimi. Jest to w mojej rodzinie choroba genetyczna. Po śmierci ojca mieszkałam sama do dnia, w którym dostałam udar. Sąsiedzi zareagowali i wezwali pomoc. Trafiłam do szpitala, później do hospicjum św. Elżbiety w Złotowie, w którym przebywałam pół roku.
  25 września 2014 trafiłam do Zespołu Domów Pomocy Społecznej w Wieleniu. Odwiedza mnie tutaj moja najbliższa rodzina, telefonujemy do siebie, zawsze mogę liczyć na ich wsparcie. Od tego czasu stałam się bardziej aktywna. Codziennie uczęszczam na rehabilitację, spaceruję po pięknym parku, dużo się modlę.
  Jestem członkiem Rady Samorządu Mieszkańców. Jak na swój wiek i chorobę czuję się fizycznie dobrze. Podczas pobytu tutaj byłam kilkakrotnie w szpitalach, u różnych specjalistów, usłyszałam diagnozę, nie taką, jakiej chciałabym. Jednak nie pozostało mi nic innego, tylko wziąć się w garść i walczyć do końca - nie wiadomo jak długo jest mi to pisane. Nie poddaję się, bo wiem, że gdyby tak się stało, nie byłoby mnie tu. Nie zawsze jest kolorowo, ale dzięki pomocy ze strony personelu wszystko jest bardziej proste i mniej skomplikowane. Wiem, że sama nie dałabym sobie rady, dlatego jestem szczęśliwa, że trafiłam właśnie tutaj. Mam tu całodobową opiekę i wsparcie duchowe, które jest dla mnie bardzo ważne ze strony Sióstr. Zawsze byłam osobą głęboko wierzącą. Wiara dodaje mi sił.

Październik 2016
post title
  • Roksana, 21 lat

„Tu jest mi zwyczajnie dobrze …”

Urodziłam się 11.08.1995 roku w Wałczu. Moja droga od początku nie była usłana różami. Biologiczna matka nigdy się mną nie interesowała. Ojca też nie znam. Ze szpitala trafiłam do Domu Dziecka w Krzyżu. Tam nawiązały się przyjaźnie i do tej pory jesteśmy „rodzeństwem”. Gdy miałam sześć lat zostałam adoptowana. Razem ze mną adoptowani zostali Zyta i Bartek. Cieszyłam się, że moje „rodzeństwo” zostanie razem ze mną. Zamieszkaliśmy w Sobolewie.

Dzieciństwo mijało w miarę spokojnie. Bawiłam się, pomagałam w domu, chodziłam do szkoły. Tak było do osiemnastego roku życia. Gdy osiągnęłam pełnoletność rodzice zastępczy nie byli już w stanie zapewnić mi dalszej opieki, ponieważ zajmowali się jeszcze dwójką niepełnosprawnych dzieci.

1 października 2013 trafiłam do Zespołu Domów Pomocy Społecznej w Wieleniu. Początkowo było mi trudno. Po raz kolejny zostałam sama w nowym miejscu - bałam się. Prześladowały mnie nawracające myśli o odrzuceniu.
Na szczęście „strach ma wielkie oczy”. Już po kilku dniach, okazało się że nie mam powodu do niepokoju. Zamieszkałam z dwoma koleżankami, które ciepło mnie przyjęły w swoim gronie. Wspierali mnie też rodzice zastępczy. „Rodzeństwo” również mnie nie opuściło. Jestem tu już trzy lata, ale na każde święta i wakacje jeżdżę do rodziny i ciągle mam ze wszystkimi kontakt. A tu? Tu jest mi zwyczajnie dobrze, jestem spokojna. I chcę tu zostać. . . . .

Maj 2016