post title
  • Pani Dorota, lat 38

„Zawsze będziemy razem”

Pochodzę z rodziny wielodzietnej. Było nas siedmioro, a ja byłam czwarta. Rodzice wcześnie zmarli. Po przeżyciach związanych z ich śmiercią popadłam w silną nerwicę. Byłam bez środków do życia. Wtedy zainteresowały się mną Siostry Rodziny Maryi. Siostra Alberta zawiozła mnie do Poznania, do Arcybiskupiego Seminarium Duchowego. Tam pracowałam siedem lat i poszłam na rentę. Późnej wróciła do rodzinnego domu, w którym było dwóch braci i siostra. Panująca w domu atmosfera pogłębiała moją chorobę, aż trafiłam do Obrzyc. Stąd po leczeniu przewieziono mnie do Domu Pomocy Społecznej w Jasieńcu, w którym przebywały kobiety i mężczyźni.

Byłam w takim stanie, że nie zwracałam wtedy uwagi ani na swój ubiór ani na zdrowie... piłam piwo i paliłam papierosy.

W tym samym czasie moja młodsza siostra - Tereska, trafiła do Domu prowadzonego przez Siostry w Wieleniu. Ciocia, która nas odwiedzała, zdecydowała, że powinniśmy być razem i podjęła starania o moje przeniesienie do Wielenia. Od dwóch i pół roku jestem z moją siostrą w Wieleniu. Mieszkamy z Tereską w jednym pokoju i bardzo jesteśmy ze sobą zżyte. Dbamy o swój wygląd zewnętrzny. Teraz chodzę elegancko ubrana i czuję się bardzo dobrze. Obie lubimy też pomagać - sprzątamy, opiekujemy się starszymi paniami, pracujemy w parku. Przez cały rok jest tutaj tak ładnie, a szczególnie wiosną i latem kiedy wszystko kwitnie i jest kolorowo.

Lubię się bawić, więc korzystam z różnych wyjazdów na imprezy i zabawy. Najmilszym wspomnieniem w tym roku są wakacje w Świnoujściu i kąpiel w morzu...

Dzięki temu, że jesteśmy razem, łatwiej jest nam utrzymywać kontakty z naszym rodzeństwem. Bracia i siostry mieszkają obecnie w różnych miejscowościach, ale to od nas wszyscy dowiadują się co u każdego słychać.

Jesteśmy tu szczęśliwe i już zawsze będziemy razem.

Lipiec 2005
post title
  • Pani Edyta, lat 32

„Teraz czuję miłość i życzliwość”

Mama zostawiła mnie zaraz po narodzinach w Warszawie i już jako sierota przebywałam w państwowych Domach Dziecka.

Wiem czym jest brak miłości...

Później uległam wypadkowi samochodowemu, co zakończyło się niedowładem lewej ręki. Od 1998 r. moje życie związane jest z Siostrami Franciszkankami Rodziny Maryi... Najpierw trafiłam do internatu w Kostowcu i tam chodziłam do szkoły zawodowej o kierunku krawieckim. Po ukończonej szkole, Siostry przywiozły mnie do Wielenia...Tu zaczęłam inaczej patrzeć na życie. Staram się otaczać miłością i opieką starsze Panie, mieszkające wraz z mną w tym Domu... spędzam z nimi wolne chwile... cieszę się, że mogę im służyć i czuję się w tej roli bardzo dobrze... Jestem im tu potrzebna. Teraz czuję miłość i życzliwość.

Październik 2004
post title
  • Pan Walerian, lat 44

„Wszystko jest tak, jak mówiła Mama”

Moja historia zaczyna się w 1960 roku na Ukrainie. Nie znam swoich biologicznych rodziców. Urodziłem się z dziecięcym porażeniem mózgowym i moja matka porzuciła mnie w szpitalu. Po kilku tygodniach wzięła mnie do siebie moja przybrana mama, która pracowała w szpitalu jako sprzątaczka. Naradziła się z mężem, wiedziała, że jestem chory... oni nie mieli własnych dzieci. Dalsza rodzina początkowo zainteresowana, widząc ile jest ze mną kłopotów, stopniowo zaczęła wycofywać się z pomocy. Zostali tylko oni: mama i ojciec. Ojciec "zaglądał" do kieliszka i mama coraz mniej mogła na niego liczyć, w końcu się rozstali.

Mama miała liczną rodzinę w Polsce. Kiedy miałem około 2 lat, już tylko ze mną, wyjechała do Jeleniej Góry. Podjęła pracę, a mną opiekowała się cioteczna babka, która z nami zamieszkała. Mama zaczęła mnie intensywnie leczyć i rehabilitować, mimo, że jeden z profesorów w Poznaniu powiedział, że jestem skazany na wózek i nic się już nie da zrobić. Wtedy to nawet jeszcze nie miałem wózka i mama nosiła mnie na plecach. Do szkoły chodziłem w szpitalach i sanatoriach, a w domu miałem nauczanie indywidualne. Umiem czytać, pisać i rachować. W międzyczasie zmarła babka, a reszta rodziny też się wykruszyła - zostaliśmy we dwoje z mamą. Tak było do 1992 roku, kiedy zostałem sam. Mama zmarła na raka nerki. Przez rok byłem jeszcze w domu. Moi sąsiedzi znaleźli mi opiekunkę, samotną kobietę z dwójką dzieci w wieku szkolnym. Ona źle się mną opiekowała, a właściwie to robiły jej dzieci. W końcu z powodu nieuwagi spłonął mój dom. Ledwo zdążyliśmy w nocy uciec. Spłonęło wszystko, nawet mój wózek inwalidzki.

Opieka społeczna umieściła mnie początkowo w Lubomierzu koło Jeleniej Góry. Potem byłem w Zgorzelcu w państwowym domu pomocy. W końcu trafiłem do Wielenia, spełniając życzenie mojej mamy. Ona będąc coraz starszą, przygotowywała mnie do umieszczenia w domu opieki i interesowała się gdzie są takie placówki i jakie są w nich warunki. Już chorując przyjechała do Wielenia, a po powrocie powiedziała mi, żebym po jej śmierci starał się o umieszczenie właśnie tutaj. Opowiadała mi o tym domu, a kiedy tu przyjechałem było tak, jak mówiła mama. Przyjęli mnie tu bardzo serdecznie. Wszyscy się mną interesowali, zawsze mogłem liczyć na pomoc. Wtedy byłem i nadal jestem bardzo zadowolony z warunków, opieki i ... z ludzi. ja w domu tego nie miałem, żyłem skazany na swoje towarzystwo, choć lubiły mnie dzieci i dorośli. Często jednak byłem sam. Mama pracowała, długo nie miałem wózka... Moim światem było radio, telewizja i kilka płyt, które puszczałem na adapterze jaki dostałem od mamy na Pierwszą Komunię Świętą. To wypełniało mi czas.

Tutaj bardzo sobie cenię towarzystwo ludzi. Lubię się pośmiać, pożartować, potrafię się cieszyć z tego co mam, staram się nie narzekać. Tutaj wydoroślałem, nauczyłem się doceniać ludzi. Tylko martwię się, że z wiekiem staję się coraz bardziej uciążliwy i zależny. Mam poczucie, że więcej potrzebuję, niż jestem w stanie dać. W pewnym stopniu jest to dla mnie przykre, ale też, tym większą czuję wdzięczność za opiekę.

Marzec 2005
post title
  • Pani Janina, lat 79

„Minęło mi 50 lat pobytu w Domu...”

Urodziłam się w wielodzietnej rodzinie. Wcześnie straciłam matkę... Od dwunastego roku życia pracowałam w gospodarstwach niemieckich... i tak przez całą okupację. Po wojnie byłam na służbie u Polaków. W końcu trafiłam do gospodarzy, którzy mieli krewną - siostrę zakonną w Zgromadzeniu Rodziny Maryi. Siostra Helena była pielęgniarką w Wieleniu. Kiedyś zaproponowała mi, że może mnie zabrać do siebie... Był wrzesień 1954 roku - pamiętam, że była to pierwsza podróż w moim życiu. Jechałam sama z dwiema przesiadkami do Wielenia. Siostra Helena czekała już na mnie na dworcu, a potem przyprowadziła mnie do Domu Św. Józefa...

Ta figura do dziś tu stoi, ale to miejsce wyglądało wtedy zupełnie inaczej..., wokół był warzywniak - ziemniaki, kapusta, fasola na długich tyczkach... W tym czasie było tu 700 Mieszkańców, potem niektórzy z nich trafili do innych placówek, a część nawet sama rozwoziłam. Wtedy były cztery oddziały leżące... Do Sióstr należało wielkie gospodarstwo: uprawiano pola - zboża, ziemniaki, warzywa, wypasano łąki, były krowy, konie, świnie, drób... a przede wszystkim to co Siostry i Mieszkańcy sami wypracowali... robiono masło, sery, wędliny, zaprawy... i tak jak teraz pieczono chleb. Warunki były dużo cięższe niż dziś... Dom był przeludniony. Siostry ściśnięte po kilka w pokojach żeby zmieścić jak najwięcej Mieszkańców. Pielęgniarki na przykład mieszkały w dyżurkach na oddziałach. Pracowało się po 10 godzin, ale dawałam sobie radę i nie narzekałam. Nie było pralek, froterek do podłogi takich jak obecnie, nie było pampersów i takiej pościeli... Dużą część czasu zajmowały więc reparacje, łatanie, prało się na tarach i magiel był ręczny...

Później zostałam przeniesiona do ambulatorium, gdzie pracowałam 32 lata. Sprzątałam, paliłam w piecach, przynosiłam leki z apteki, roznosiłam je później opisane po oddziałach. Po pracy też chętnie pomagałam w ogrodzie... nawet nie wiem jak minęły te wszystkie lata... od dawna jestem już na emeryturze. Mam tu swoje mieszkanko, tak dobrze się w nim czuję - jestem blisko, a zarazem mogę być trochę "samotnicą". Teraz, kiedy mam dużo czasu, zachwycam się parkiem, który kiedyś był zarośnięty i przypominał dżunglę, a dziś tak pięknie wygląda o każdej porze roku.

Wrzesień 2004