post title
  • Janina, 92 lata

„Nie jestem już sama”

  Urodziłam się 04 marca 1925 r. w Głęboczku, w województwie tarnopolskim. Ojciec początkowo pracował w sklepie, później został leśniczym-gajowym, jak jego ojciec, a mój dziadek. Dziadek miał pod swoją opieką lasy należące do Sapiehów. Bardzo lubił swoją pracę i wykonywał ją z wielkim zaangażowaniem oraz poświęceniem przez 40 lat. Mama zajmowała się domem i wychowaniem mnie i o 7 lat młodszego ode mnie brata. Niczego w domu nam nie brakowało. Już samo moje nazwisko wskazywało na to, że w życiu mi się powiedzie - nazywałam się Wesoła.
 Jednak życie i mnie doświadczyło. Tata zmarł w wieku 38 lat, a gdy ja skończyłam lat 14 - wybuchła wojna. Musieliśmy opuścić leśniczówkę i zamieszkać w ,,cyganach”. Żyjące dotąd obok siebie narody Polaków i Ukraińców, które tworzyły niejednokrotnie rodziny, zaczęły się nienawidzić i walczyć ze sobą. Dochodziło do wielu ludzkich tragedii, o których nawet nie chcę mówić…
  W czasie wojny trafiłam do łącznictwa w Konspiracyjnej Armii tworzonej przez Panią Wasilewską. Do jej końca przebywałam w Warszawie. Miasto było bardzo zniszczone, wszędzie ruiny i zgliszcza - straszny, przygnębiający widok. Jednak nawet wśród zburzonych budynków odradzała się miłość, nadzieja i wiara. Do częściowo ocalałych budynków chodziliśmy na nabożeństwa. Wkrótce zaczęła się odbudowa. Trafiłam następnie z moją rodziną do Sokołowa, gdzie dostaliśmy niewielkie gospodarstwo rolne. Dużo w nim pomagałam mamie i dziadkowi. Byłam już dorosłą kobietą i za namową dziadka wyszłam za mąż. Zamieszkaliśmy w Śmieszkowie. Moje małżeństwo było dość trudne. Większość prac wykonywałam sama, mąż miał osobowość ,,lekkoducha”. Urodziło nam się dwoje dzieci, najpierw syn Edziu, później córka Stasia.
  Stanisława została nauczycielką i zamieszkała w Szamotułach, Edziu ukończył Technikum Rolnicze i został kierownikiem PGR. W 1985 r. przeprowadziliśmy się do domu który kupiliśmy w Czarnkowie. Gospodarstwo w Sokołowie przepisaliśmy synowi. Edziu ożenił się i dał mi dwie wnuczki. Jako małe dziewczynki spędzały u mnie wakacje, teraz żyje już tylko jedna z nich, ale chyba o mnie zapomniała - nie odwiedza mnie, nie dzwoni…
 Moje dzieci też już odeszły z tego świata. Gdyby nie mój bratanek i jego żona Jola, nie miałabym nikogo. Jestem już bardzo schorowana i niejednokrotnie proszę Pana Boga żeby mnie wezwał do siebie. Ale to widocznie nie mój czas. . . .
 17 maja przyjechałam do Wielenia i jestem bardzo wdzięczna za to, że są ludzie którzy się mną zajmują, otaczają swoją opieką, spełniają wszelkie potrzeby i że nie jestem już sama.

Październik 2017
post title
  • Piotr, lat 29

„Na początku było nam bardzo trudno ...”

  Urodziłem się w Wolsztynie - jestem jedynakiem. Mój ojciec zmarł, gdy byłem bardzo małym dzieckiem - nie pamiętam go. Mieszkałem z mamą w Nowej Wsi Zbąskiej. Mama pracowała - mną opiekowali się wtedy dziadkowie i rodzeństwo mamy.
  Miałem beztroskie dzieciństwo - kuzynów i kuzynki. Graliśmy razem w piłkę, łowiliśmy ryby w jeziorze, zbieraliśmy grzyby, zbieraliśmy kamienie na polu, ziemniaki… Szkołę podstawową i gimnazjum skończyłem w Nowej Wsi i Nądni, a szkołę zawodową w Ośrodku Szkolno - Wychowawczym w Sulechowie.
  W tym czasie bardzo dużo zajmowałem się sportem: grałem w piłkę nożną, hokeja, lubiłem bardzo szachy, badmintona. Bywałem na zawodach, zdobywałem medale, puchary, a największą moją przygodą był udział w olimpiadzie specjalnej w Szanghaju gdzie zdobyłem złoty medal w grze pojedynczej i srebrny w deblu badmintona. Dwa tygodnie w Chinach - niezapomniane!!!
  Miałem 21 lat kiedy po skończeniu szkoły wróciłem do domu i zamieszkałem z mamą. Utrzymywałem się z renty rodzinnej i dorabiałem u okolicznych rolników. Mama zajmowała się domem i królikami, mieliśmy koty i psa; zbieraliśmy grzyby, przygotowywaliśmy je na zimę. Lubiliśmy z mamą jeździć rowerami, odwiedzaliśmy naszą dużą rodzinę w Babimoście, Zbąszynku, Wolsztynie itp.
  Stopniowo nasze warunki życiowe się pogarszały, nasz dom coraz bardziej nie nadawał się do zamieszkiwania. Była wilgoć, dziurawy dach, spaliła się instalacja elektryczna, popękały rury. My uważaliśmy, że sobie radzimy, ale ciocie i opieka społeczna postanowiły o naszej przeprowadzce do DPS.
  Po paru miesiącach przyjechaliśmy z mamą do Wielenia. Na początku było nam bardzo trudno się przyzwyczaić, ale jesteśmy tu już od półtora roku i czas mija nam bardzo szybko. Spędzamy dużo czasu z mamą, bierzemy udział we wszystkich organizowanych zajęciach: ergoterapii, zajęciach ruchowych, przedstawieniach, często z własnej woli chodzimy do kościoła.
  Pomagam też na moim oddziale - zbieram naczynia, przewożę Mieszkańców na wózkach. Jestem silny i to się często przydaje. W wolnym czasie lubię oglądać TV, spacerować po pięknym, dużym parku, grać w gry na laptopie i warcaby.
  Moim problemem jest duża nadwaga, ale przez czas pobytu tutaj udało mi się zrzucić około 70 kg!! Bardzo mnie to cieszy.

Czerwiec 2017
post title
  • Marek, lat 63

„Jestem bardzo szczęśliwy, że znalazłem nowy dom ...”

  Mam 63 lata - urodziłem się w Gaju Wielkim koło Tarnowa. Rodzice już nie żyją, zmarł również jeden z dwóch braci.
 Ukończyłem szkołę podstawową, a następnie zawodową - zostałem malarzem. Zawód stał się nie tylko źródłem utrzymania, ale też sprawiał przyjemność. Lubiłem swoją pracę - malowałem domy, bloki i inne obiekty - także wnętrza.
  Miałem 26 lat, kiedy poznałem żonę. Owocem tej miłości jest córka. Nasze szczęśliwe małżeństwo trwało tylko 25 lat, bo żona zmarła w wieku 46 lat. Córka wyszła za mąż, ma dwójkę dzieci i zamieszkała osobno.
  Zostałem sam, zająłem się głównie malarstwem. Niestety zacząłem chorować – cukrzyca i inne choroby dawały o sobie znać. Byłem stałym bywalcem szpitali, a w domu nie radziłem już sobie sam. Córka postanowiła o moim zamieszkaniu w Zespole Domów Pomocy Społecznej w Wieleniu.
 Tutaj zaaklimatyzowałem się natychmiast, polubiłem współmieszkańców oraz personel oddziału. Moje stopy, które były wyniszczone przez cukrzycę w końcu wyglądają dobrze, mogę spokojnie spacerować po przepięknym parku, który podziwiam każdego dnia. Tutaj odpoczywam. Jestem bardzo szczęśliwy, że znalazłem nowy dom.

Sierpień 2017
post title
  • Marianna, lat 78

„Dziękuję Bogu za nowy Dom ...”

  Urodziłam się w Poznaniu, w 1939 roku - jeszcze przed wybuchem II wojny światowej. Moja rodzina wojnę przeżyła, jednak później wydarzyła się tragedia. Gdy miałam 6 lat na moich oczach zamordowano moją mamę, a ojca postrzelono. Ja i jedyna siostra przeżyłyśmy.
  Dorastałyśmy wychowywane przez macochę - nową żonę mojego ojca. Szybko weszłam w dorosłość, wyszłam za mąż, urodziłam syna ... Wydawało się, że wszystko się ułożyło.
  Kolejnym doświadczeniem było jednak urodzenie drugiego syna z Zespołem Downa. Bóg dał nam dwoje wspaniałych dzieci, których kochaliśmy z mężem nad życie. Mój świat podporządkowany jednak został wychowaniu syna niepełnosprawnego.
  Z Bożą pomocą mijały dni. kiedy jak grom z jasnego nieba spadła na nas wiadomość o śmiertelnej chorobie starszego syna. Modliliśmy się do Matki Bożej o jak najmniej cierpienia dla niego. Zmarł w wieku 24 lat na raka krwi - białaczkę.
  Bóg mnie doświadczył, ale wiem, że miało to swój cel. Moja wiara umocniła się. 10 lat po śmierci syna, Bóg powołał do siebie mojego męża. Zostałam sama z młodszym synem.
  Dopóki zdrowie pozwalało, dopóty prowadziłam wraz z synem gospodarstwo domowe. Z uwagi jednak na podeszły wiek i pogarszający się stan zdrowia, zdecydowałam się na przyjazd do Sióstr Franciszkanek, do Wielenia. Wybrałam ten Dom, gdyż tylko tutaj możemy być razem z synem.
  Niedługo minie rok odkąd tu zamieszkaliśmy. Zdążyłam nawiązać przyjaźń ze współlokatorką i innymi Mieszkankami.
  Dziękuję Bogu za nowy Dom i za opiekę Sióstr, jaką tu znalazłam.

Marzec 2017