post title
  • Piotr, lat 29

„Na początku było nam bardzo trudno ...”

  Urodziłem się w Wolsztynie - jestem jedynakiem. Mój ojciec zmarł, gdy byłem bardzo małym dzieckiem - nie pamiętam go. Mieszkałem z mamą w Nowej Wsi Zbąskiej. Mama pracowała - mną opiekowali się wtedy dziadkowie i rodzeństwo mamy.
  Miałem beztroskie dzieciństwo - kuzynów i kuzynki. Graliśmy razem w piłkę, łowiliśmy ryby w jeziorze, zbieraliśmy grzyby, zbieraliśmy kamienie na polu, ziemniaki… Szkołę podstawową i gimnazjum skończyłem w Nowej Wsi i Nądni, a szkołę zawodową w Ośrodku Szkolno - Wychowawczym w Sulechowie.
  W tym czasie bardzo dużo zajmowałem się sportem: grałem w piłkę nożną, hokeja, lubiłem bardzo szachy, badmintona. Bywałem na zawodach, zdobywałem medale, puchary, a największą moją przygodą był udział w olimpiadzie specjalnej w Szanghaju gdzie zdobyłem złoty medal w grze pojedynczej i srebrny w deblu badmintona. Dwa tygodnie w Chinach - niezapomniane!!!
  Miałem 21 lat kiedy po skończeniu szkoły wróciłem do domu i zamieszkałem z mamą. Utrzymywałem się z renty rodzinnej i dorabiałem u okolicznych rolników. Mama zajmowała się domem i królikami, mieliśmy koty i psa; zbieraliśmy grzyby, przygotowywaliśmy je na zimę. Lubiliśmy z mamą jeździć rowerami, odwiedzaliśmy naszą dużą rodzinę w Babimoście, Zbąszynku, Wolsztynie itp.
  Stopniowo nasze warunki życiowe się pogarszały, nasz dom coraz bardziej nie nadawał się do zamieszkiwania. Była wilgoć, dziurawy dach, spaliła się instalacja elektryczna, popękały rury. My uważaliśmy, że sobie radzimy, ale ciocie i opieka społeczna postanowiły o naszej przeprowadzce do DPS.
  Po paru miesiącach przyjechaliśmy z mamą do Wielenia. Na początku było nam bardzo trudno się przyzwyczaić, ale jesteśmy tu już od półtora roku i czas mija nam bardzo szybko. Spędzamy dużo czasu z mamą, bierzemy udział we wszystkich organizowanych zajęciach: ergoterapii, zajęciach ruchowych, przedstawieniach, często z własnej woli chodzimy do kościoła.
  Pomagam też na moim oddziale - zbieram naczynia, przewożę Mieszkańców na wózkach. Jestem silny i to się często przydaje. W wolnym czasie lubię oglądać TV, spacerować po pięknym, dużym parku, grać w gry na laptopie i warcaby.
  Moim problemem jest duża nadwaga, ale przez czas pobytu tutaj udało mi się zrzucić około 70 kg!! Bardzo mnie to cieszy.

Czerwiec 2017
post title
  • Krystyna, lat 90

„... na starość Bóg znalazł mi tę nową rodzinę ...”

  W tym roku skończę już 91 lat Do Domu prowadzonego przez Siostry przybyłam w marcu - 7 lat temu. Mieszkałam w Pniewach i zawsze dużo chorowałam - szczególnie na serce i oczy. Będąc już niepełnosprawną podjęłam pracę w Spółdzielni Inwalidów. Bardzo byłam z niej zadowolona i dobrze się tam czułam. Pracę wykonywałam sumiennie, dokładnie, często nawet brałam ją do domu i wykonywałam z mamą. Byłam tam doceniana i chwalona, często również wyjeżdżałam do sanatorium, gdzie mogłam odpocząć.
  Rodzina była dla mnie zawsze najważniejsza. Bardzo mocno przeżyliśmy śmierć mojego brata, który w miesiąc po wojnie zastrzelił się. Mama zajmowała się domem, a tata był tapicerem i lakiernikiem powozów. Był dobrym rzemieślnikiem więc zlecenia miał również dla hrabiostwa, a dla rolników wyrabiał siodła i całą uprząż dla konia. Tata walczył na wschodzie - w wojnie bolszewickiej i uczestniczył w powstaniu wielkopolskim.
  W końcu zostałyśmy z siostrą same. Z biegiem lat siły słabły i musiałam prosić o pomoc w opiece nad siostrą, ale i nad sobą. Zapadła decyzja, bym zamieszkała w Domu Pomocy Społecznej prowadzonym przez Siostry w Wieleniu.
  Jestem szczęśliwa, że na co dzień otaczają mnie mili ludzie. Dziękuję Bogu, że po tym, kiedy przez całe życie poświęcałam się rodzinie, teraz na starość Bóg znalazł mi tę nową rodzinę w Domu u Sióstr i zaopiekował się mną.

Styczeń 2017
post title
  • Marianna, lat 78

„Dziękuję Bogu za nowy Dom ...”

  Urodziłam się w Poznaniu, w 1939 roku - jeszcze przed wybuchem II wojny światowej. Moja rodzina wojnę przeżyła, jednak później wydarzyła się tragedia. Gdy miałam 6 lat na moich oczach zamordowano moją mamę, a ojca postrzelono. Ja i jedyna siostra przeżyłyśmy.
  Dorastałyśmy wychowywane przez macochę - nową żonę mojego ojca. Szybko weszłam w dorosłość, wyszłam za mąż, urodziłam syna ... Wydawało się, że wszystko się ułożyło.
  Kolejnym doświadczeniem było jednak urodzenie drugiego syna z Zespołem Downa. Bóg dał nam dwoje wspaniałych dzieci, których kochaliśmy z mężem nad życie. Mój świat podporządkowany jednak został wychowaniu syna niepełnosprawnego.
  Z Bożą pomocą mijały dni. kiedy jak grom z jasnego nieba spadła na nas wiadomość o śmiertelnej chorobie starszego syna. Modliliśmy się do Matki Bożej o jak najmniej cierpienia dla niego. Zmarł w wieku 24 lat na raka krwi - białaczkę.
  Bóg mnie doświadczył, ale wiem, że miało to swój cel. Moja wiara umocniła się. 10 lat po śmierci syna, Bóg powołał do siebie mojego męża. Zostałam sama z młodszym synem.
  Dopóki zdrowie pozwalało, dopóty prowadziłam wraz z synem gospodarstwo domowe. Z uwagi jednak na podeszły wiek i pogarszający się stan zdrowia, zdecydowałam się na przyjazd do Sióstr Franciszkanek, do Wielenia. Wybrałam ten Dom, gdyż tylko tutaj możemy być razem z synem.
  Niedługo minie rok odkąd tu zamieszkaliśmy. Zdążyłam nawiązać przyjaźń ze współlokatorką i innymi Mieszkankami.
  Dziękuję Bogu za nowy Dom i za opiekę Sióstr, jaką tu znalazłam.

Marzec 2017
post title
  • Michalina, lat 82

„Wiele przeszłam, wiele widziałam i wiele wycierpiałam ...”

  Urodziłam się w 1934 r. przed wybuchem II wojny światowej na terenie Francji. Moi rodzice pochodzili z Polski. Mając 39 lat wyemigrowali do Północnej Francji z powodu wielkiego bezrobocia, jakie wówczas panowało.
  10 kwietnia 1940 roku władze francuskie ogłosiły rozpoczęcie II wojny światowej. Kto może niech ucieka – tylko dokąd? Przed siebie. Piesi jedną trasą, a ci, którzy posiadali pojazdy konne – drugą trasą. No i tak rozpoczęliśmy wędrowną ewakuację z Północnej Francji na Południe, pod granice Hiszpanii. Nasza tułaczka trwała 2 miesiące (około 1200 km) i nie było wiadomo, dokąd.
  Pewnego pogodnego ranka 1940 roku z nieba zaczął padać deszcz – deszcz pełen bomb – zaczęło się ostrzeliwanie przez niemieckie meserszmity. To był horror. Na drodze leżało pełno trupów ludzi, zwierząt, a iść trzeba było dalej i dalej… W niektórych wsiach mieliśmy noclegi – spaliśmy w stodołach na sianie, a z rana rozpoczynały się dalsze wędrówki. Byliśmy już osłabieni, zmęczeni, wielu ludzi wykończyła choroba.
  Wreszcie nadszedł kres tułaczki. Dotarliśmy pod hiszpańską granicę i tu władze francuskie rozlokowały nas całymi rodzinami w mieszkaniach – ale tylko na jakiś czas. Ten czas trwał pół roku.
  W 1941 roku w lipcu ogłoszono rozkaz zbiórki na dworcu kolejowym, kazali wsiadać do wagonów – jechaliśmy nie wiadomo, dokąd. Po dwóch dniach dotarliśmy na miejsce. Zakwaterowano nas w obozach niemieckich – w jednym 6 miesięcy i w drugim 6 miesięcy – trwało to aż do czerwca 1942 r. Po jakimś czasie nastąpiło wyzwolenie z tych nieszczęsnych obozów i powrót do poprzedniego miejsca zamieszkania czyli Północnej Francji.
  W wieku 13 lat wraz z rodzicami powróciłam do Polski. Osiedliliśmy się w miejscowości Kuźnica Czarnkowska. Tam skończyłam szkołę podstawową i średnią. Od stycznia 1952 roku podjęłam pracę w administracji terenowej. Niestety nie było mi pisane być żoną i matką. W całości oddałam się pracy oraz opiece nad moją kochaną mamą do ostatnich chwil jej życia.
  Czas biegnie nieubłagalnie szybko, ani się człowiek nie obejrzy, aż samego go dopada starość. Dziś jestem Mieszkanką Zespołu Domów Pomocy Społecznej. Wiele przeszłam, wiele widziałam i wiele wycierpiałam …
  Cieszę się, że mam ciepły kąt i dach nad głową oraz życzliwych ludzi wokół siebie.
  Dziękuję …

Listopad 2016