post title
  • Pani Seweryna, 85 lat

„Jest mi lepiej”

  Urodziłam się 2.01.1934 r. Swoją rodzinę i dzieciństwo bardzo dobrze wspominam. Mieszkaliśmy wspólnie z dziadkami. Moja mama pracowała w Urzędzie Stanu Cywilnego w Zaniemyślu, a tata był kołodziejem. Miałam o 5 lat starszego brata - Arkadiusza.
  Po kilku latach przeprowadziliśmy się do Ostrowa Wielkopolskiego. Tam tata znalazł pracę w Fabryce Wagon, a mama zajmowała się domem. Po kilku latach mama zachorowała i w wieku 64 lat zmarła. Tata po ok. roku czasu od śmierci mamy po raz drugi ożenił się, ale tak właściwie to mama wybrała mu te drugą żonę - była to ich wspólna bardzo dobra koleżanka, z którą bardzo długo się znali. Miałam z nią bardzo dobry kontakt - wspierała nas tak, jak umiała najlepiej.
  W Ostrowie skończyłam szkołę zawodową jako piekarz, a miałam przecież zostać pielęgniarką (uśmiech). W szkole szło mi różnie - raz lepiej, raz gorzej, ale na wagary nie chodziłam. Oczywiście byłam namawiana przez kolegów i koleżanki, ale ja nigdy nie chciałam, a później wszyscy mnie wyzywali, bo cała klasa szła, a ja nie.
  Z pracą było wtedy trudno, ponieważ żadna z piekarni nie miała wolnych miejsc. Po kilku miesiącach podjęłam pracę w żłobku, ale też nie trwało to długo, bo żłobki zaczęto likwidować. Nieszczęśliwie złamałam nogę, przeszłam operację i ze względu na komplikacje, dość długo przebywałam na zwolnieniu. Po wyleczeniu podjęłam pracę w przedszkolu i tam poznałam mojego męża, który mieszkał w budynku przedszkola. Mój mąż pracował - tak jak mój tata - w Fabryce Wagon. Byliśmy zgodnym małżeństwem, każdego roku jeździliśmy w góry i nad morze. Dzieci nie mieliśmy - ja chciałam, ale mąż niekoniecznie. Mimo to chętnie wracam wspomnieniami do naszych wspólnych chwil.
  Po 20 latach zgodnego małżeństwa mąż zachorował na raka, przeszedł operację i wszystko było w porządku - jeździł na kontrolę, dobrze się czuł . . . Pewnego dnia, kiedy byłam na cmentarzu, a mąż w tym czasie pojechał na kontrolę do lekarza, stało się nieszczęście. Po moim powrocie do domu nie mogłam go znaleźć. Poszłam więc na strych i tam go znalazłam….niestety nie żył - powiesił się. To był dla mnie cios. Nie wiem co było przyczyną tego desperackiego czynu. Podejrzewam, że dowiedział się o nawrocie choroby i może to go dobiło. Ale dlaczego mi nie powiedział . . .
  W niedługim czasie zmarł mój tata, a 5 lat później moja druga mama. Zostałam sama. Kontakt miałam jedynie z moim bratem, który mieszkał w Konstancinie Jeziornej. Właściwie radziłam sobie , ale było ciężko. Życie toczyło się jednak dalej. Miałam dobrych sąsiadów, pomagali mi…. Później niestety doznałam udaru i straciłam wzrok - nie mogłam już być dłużej sama, bo przecież nie poradziłabym sobie. I tak 17 maja 2018 r. trafiłam tutaj . Ale nie żałuję - mam tutaj wszystko, czego mi potrzeba - cisza i spokój mi odpowiada. I mogę z całą pewnością powiedzieć, że jest mi lepiej niż w Ostrowie.

Styczeń 2019
post title
  • Daniel, 64 lat

„Wiem, że to moje miejsce”

  Urodziłem się z w Poznaniu. Mam dobry, systematyczny kontakt z bratem Piotrem, a drugi mój brat zmarł, kiedy był młodym mężczyzną. Myślę, że rodzice dobrze mnie wychowali, a przy tym byli bardzo zaradni. Ojciec pracował w drukarni, matka w różnych przedsiębiorstwach. Ogrodnik - to mój zawód wyuczony, więc pracowałem w ogrodnictwie. Lubiłem to, co robiłem - zwłaszcza pracę na świeżym powietrzu.
  Ojciec zaczął niestety chorować i w wieku 62 lat zmarł. Brat mieszkał ze swoją rodziną, a my z mamą zostaliśmy w domu, który ojciec wybudował własnymi siłami. Matka jednak wkrótce również zaczęła chorować, zapominała się, gubiła - nie radziłem sobie z tą sytuacją i nie byłem w stanie się już nią opiekować. Trafiła więc do DPS w Poznaniu.
  Moja choroba również postępowała i już sobie nie radziłem. Często przebywałem w szpitalach, dlatego brat z rodziną zadecydował, że powinienem trafić do domu pomocy społecznej. Wybór padł na zespół domów w Wieleniu i chociaż jestem tu stosunkowo niedługo, już wiem, że to moje miejsce. Korzystam z wszystkich ofert, jakie zapewnia ta placówka. Każda chwila jest dla mnie cenna - szczególnie moje codzienne spacery po terenie pięknego parku. Wyciszam się każdego dnia. Lubię i chcę tu mieszkać - mam już znajomych, na których mogę liczyć. Z satysfakcją stwierdzam, że jestem teraz szczęśliwym człowiekiem.

Lipiec 2018
post title
  • Pani Teresa, 85 lat

„Każdego dnia dziękuję Bogu”

  Urodziłem się 15 maja 1933 roku w Modzele, mam 85 lat.
  Było nas sześcioro. Pięcioro braci i ja jedna. Trójka braci zmarła, z pozostałymi mam stały kontakt.
  Mam dwie córki i dwie wnuczki, które mieszkają w Berlinie, mamy stały kontakt.
  Ukończyłam szkole pielęgniarską, pracowałam w zawodzie, również uczyłam dzieci Religi w szkole.
  Pochodzę z zamożnej rodziny, rodzice prowadzili gospodarstwo rolne, mieli dużo ziemi.
  W Zespole Domów Pomocy Społecznej w Wieleniu jestem od 3 marca 2017 roku. Jestem tutaj bo sama sobie nie dawałam rady, mdlałam, upadałam na ziemię. Choruję na schorzenia kręgosłupa, nadciśnienie i niewydolność tarczycy. Tutaj mam zapewnioną opiekę i czuję się szczęśliwa i bezpieczna. Mieszkam z dwoma innymi paniami, zaprzyjaźniłyśmy się. Korzystam z szerokiej oferty kulturalno – oświatowej Domu. Jestem osobą bardzo religijną, codziennie rano uczestniczę we Mszy Świętej. Czytam dużo książek religijnych.
  Każdego dnia dziękuję Bogu za nowy Dom i opiekę i mimo, że tęsknię za bliskimi to tutaj jestem szczęśliwa.

Październik 2018
post title
  • Pan Stanisław, 64 lata

„Moje dzieciństwo było szczęśliwe”

  Urodziłem się 06 listopada 1953 roku w Poznaniu. Mam dwoje rodzeństwa: siostrę i brata - ja jestem najstarszy. Siostra wyemigrowała. Mieszka w Hanowerze i tam założyła rodzinę. Brat mieszka z żoną w Płocku.
  Moje dzieciństwo z pewnością mogę to powiedzieć: było szczęśliwe. Ojciec z zawodu cukiernikiem prowadził własną cukiernię. Matka pracowała w ochronie obiektów. Do momentu, gdy zmarł mój ojciec, finansowo radziliśmy sobie dobrze. Miałem wtedy sześć lat i nasze życie drastycznie się zmieniło. Mamie ciężko było utrzymać dom i trójkę dzieci.
  Skończyłem szkołę zawodową i zostałem ślusarzem. Podjąłem pracę w „Romecie”, jako ślusarz remontowy. Pracowałem tam cztery lata i dzięki temu pomagałem mamie finansowo.
  Poznałem swoją pierwszą i prawdziwą miłość. Oddałem jej całego siebie, jednak los chciał inaczej. Za swoje wybryki zostałem na miesiąc aresztowany. Mimo to byliśmy ze sobą dwa lata, planowaliśmy wspólne życie. Nie podając jednak powodu zostawiła mnie i wyjechała za granicę - tam mieszka do dziś.
  Kolejnym dla mnie ciosem była śmierć mojej matki. Nie radziłem sobie z tą sytuacją, czułem się bardzo samotny. Zacząłem prowadzić hulaszczy tryb życia, zostałem stałym bywalcem dyskotek itp.. Zabawa i koledzy mieli zapełnić mi pustkę w mym sercu.
  W końcu zainteresowała się mną pomoc społeczna, która przydzieliła mi opiekunkę z Czerwonego Krzyża. Kiedy jednak odmroziłem sobie stopy, trafiłem właśnie tutaj - do Zespołu Domów Pomocy Społecznej w Wieleniu. Wiem, że sam nie poradziłbym sobie. Mam tutaj całodobową opiekę i czuję się szczęśliwy. Chętnie pomagam na oddziale i sam sobie wynajduję zajęcie.
  Dziękuję Bogu, że się tu znalazłem i mam swój nowy dom.

Maj 2018