post title
  • Barbara, 73 lata

„Wygrałam walkę”

  Urodziłam się 7 listopada 1945 roku o godzinie 6 rano, w szpitalu przy ul. Polnej w Poznaniu.
  Mój brat pojawił się na świecie 3 maja - dwa lata później .
  Rodzice nasi byli zgodnym małżeństwem, tata był muzykiem - grał na skrzypcach, mandolinie i gitarze. Zarabiał na życie grając na weselach i innych uroczystościach. Mama natomiast była kucharką.
  W wieku 7 lat zaczęłam chodzić do Szkoły Podstawowej przy ul. Żeromskiego w Poznaniu. Różnie mi szło - największe problemy sprawiały mi przedmioty ścisłe i dlatego przeniesiono mnie do szkoły specjalnej.
  Edukację skończyłam w wieku 16 lat - wolałam pomagać mamie w domu.
  Pierwszą i jednocześnie ostatnią pracę podjęłam w wieku 18 lat w fabryce Goplany. Nie zagrzałam tam długo miejsca. Wypadek, któremu uległam w pracy zakończył moją karierę zawodową.
  Tata doznał zawału serca i zmarł pierwszy, a mama odeszła 10 lat później. Zostaliśmy z bratem sami. Był to dla nas ciężki czas… Nie radziliśmy sobie i w końcu zaopiekowali się nami pracownicy opieki społecznej, którzy wkrótce skierowali mnie na stałe do tutejszego Domu w Wieleniu.
  Nie wiem nawet, kiedy minęło od tego dnia 13 lat. Czuję się tu jak u siebie. Życzliwość, która mnie tu spotkała dała mi siłę do walki z ciężką chorobą.
  Dzięki uporowi, trosce pielęgniarek, lekarza i całego personelu wygrałam walkę z nowotworem. Jestem za to wszystkim ogromnie wdzięczna. Mogę się cieszyć życiem, które mi tu podarowano. Teraz już wiem, że życie trzeba brać garściami.

Luty 2018
post title
  • Janina, 92 lata

„Nie jestem już sama”

  Urodziłam się 04 marca 1925 r. w Głęboczku, w województwie tarnopolskim. Ojciec początkowo pracował w sklepie, później został leśniczym-gajowym, jak jego ojciec, a mój dziadek. Dziadek miał pod swoją opieką lasy należące do Sapiehów. Bardzo lubił swoją pracę i wykonywał ją z wielkim zaangażowaniem oraz poświęceniem przez 40 lat. Mama zajmowała się domem i wychowaniem mnie i o 7 lat młodszego ode mnie brata. Niczego w domu nam nie brakowało. Już samo moje nazwisko wskazywało na to, że w życiu mi się powiedzie - nazywałam się Wesoła.
 Jednak życie i mnie doświadczyło. Tata zmarł w wieku 38 lat, a gdy ja skończyłam lat 14 - wybuchła wojna. Musieliśmy opuścić leśniczówkę i zamieszkać w ,,cyganach”. Żyjące dotąd obok siebie narody Polaków i Ukraińców, które tworzyły niejednokrotnie rodziny, zaczęły się nienawidzić i walczyć ze sobą. Dochodziło do wielu ludzkich tragedii, o których nawet nie chcę mówić…
  W czasie wojny trafiłam do łącznictwa w Konspiracyjnej Armii tworzonej przez Panią Wasilewską. Do jej końca przebywałam w Warszawie. Miasto było bardzo zniszczone, wszędzie ruiny i zgliszcza - straszny, przygnębiający widok. Jednak nawet wśród zburzonych budynków odradzała się miłość, nadzieja i wiara. Do częściowo ocalałych budynków chodziliśmy na nabożeństwa. Wkrótce zaczęła się odbudowa. Trafiłam następnie z moją rodziną do Sokołowa, gdzie dostaliśmy niewielkie gospodarstwo rolne. Dużo w nim pomagałam mamie i dziadkowi. Byłam już dorosłą kobietą i za namową dziadka wyszłam za mąż. Zamieszkaliśmy w Śmieszkowie. Moje małżeństwo było dość trudne. Większość prac wykonywałam sama, mąż miał osobowość ,,lekkoducha”. Urodziło nam się dwoje dzieci, najpierw syn Edziu, później córka Stasia.
  Stanisława została nauczycielką i zamieszkała w Szamotułach, Edziu ukończył Technikum Rolnicze i został kierownikiem PGR. W 1985 r. przeprowadziliśmy się do domu który kupiliśmy w Czarnkowie. Gospodarstwo w Sokołowie przepisaliśmy synowi. Edziu ożenił się i dał mi dwie wnuczki. Jako małe dziewczynki spędzały u mnie wakacje, teraz żyje już tylko jedna z nich, ale chyba o mnie zapomniała - nie odwiedza mnie, nie dzwoni…
 Moje dzieci też już odeszły z tego świata. Gdyby nie mój bratanek i jego żona Jola, nie miałabym nikogo. Jestem już bardzo schorowana i niejednokrotnie proszę Pana Boga żeby mnie wezwał do siebie. Ale to widocznie nie mój czas. . . .
 17 maja przyjechałam do Wielenia i jestem bardzo wdzięczna za to, że są ludzie którzy się mną zajmują, otaczają swoją opieką, spełniają wszelkie potrzeby i że nie jestem już sama.

Październik 2017
post title
  • Maria, 88 lat

„Tęsknota za bliskimi”

  Urodziłam się w latach dwudziestych i pochodzę z rodziny robotniczej. Było nas troje - dwóch braci i ja. Po wojnie uczęszczałam do szkoły podstawowej dla dorosłych. No i właściwie to byłoby na tyle - moja edukacja dobiegła końca. Podjęłam pracę w Poznaniu, w drukarni, jako pomocnik introligatora. Reszta mojej rodziny również osiedliła się w Poznaniu i każdy z nas tam znalazł swoje miejsce.
  W wieku 21 lat wyszłam za mąż - urodziłam syna, który po 3 miesiącach zmarł. W tych latach medycyna nie była tak rozwinięta, jak dzisiaj i na skutek różnych chorób ludzie umierali. Pomimo bólu po stracie dziecka życie toczy się dalej. Musiałam się z tym pogodzić i stawić czoła rzeczywistości.
  Po dwóch latach przyszedł na świat mój drugi syn - Marek, który dzisiaj ma 62 lata (jak ten czas szybko leci…). Niestety życie go nie oszczędza i do dzisiaj boryka się z poważnymi chorobami - ale to już inna historia.
  Na czym to skończyłyśmy… Już wiem - mój kochany Poznań. Żyło nam się tam dobrze. Ja pracowałam w sklepie „Społem”, a mąż w „Przedsiębiorstwie Remontowo - Montażowym” - na stanowisku kierowniczym. Ach, jak ten czas ucieka … Mówią, że cudze dzieci rosną szybko, ale swoje niestety też. Syn Marek wyrósł na wspaniałego człowieka i założył swoją rodzinę. Pozostaliśmy sami. W wieku 61 lat zmarł niestety mój ukochany mąż, a ja zostałam zupełnie sama, z nienajlepszym zdrowiem i bez niczyjej pomocy.
  Mówią, że starych drzew się nie przesadza, ale życie pisze różne scenariusze. W marcu 2017 roku trafiłam do Zespołu Domów Pomocy Społecznej w Wieleniu. Dzisiaj, z perspektywy czasu uważam, że podjęłam słuszną decyzję. Jest mi tutaj dobrze, tutaj chcę spędzić ostatnie dni mojego życia.
  Tylko ta tęsknota za bliskimi …

Styczeń 2018
post title
  • Marek, lat 63

„Jestem bardzo szczęśliwy, że znalazłem nowy dom ...”

  Mam 63 lata - urodziłem się w Gaju Wielkim koło Tarnowa. Rodzice już nie żyją, zmarł również jeden z dwóch braci.
 Ukończyłem szkołę podstawową, a następnie zawodową - zostałem malarzem. Zawód stał się nie tylko źródłem utrzymania, ale też sprawiał przyjemność. Lubiłem swoją pracę - malowałem domy, bloki i inne obiekty - także wnętrza.
  Miałem 26 lat, kiedy poznałem żonę. Owocem tej miłości jest córka. Nasze szczęśliwe małżeństwo trwało tylko 25 lat, bo żona zmarła w wieku 46 lat. Córka wyszła za mąż, ma dwójkę dzieci i zamieszkała osobno.
  Zostałem sam, zająłem się głównie malarstwem. Niestety zacząłem chorować – cukrzyca i inne choroby dawały o sobie znać. Byłem stałym bywalcem szpitali, a w domu nie radziłem już sobie sam. Córka postanowiła o moim zamieszkaniu w Zespole Domów Pomocy Społecznej w Wieleniu.
 Tutaj zaaklimatyzowałem się natychmiast, polubiłem współmieszkańców oraz personel oddziału. Moje stopy, które były wyniszczone przez cukrzycę w końcu wyglądają dobrze, mogę spokojnie spacerować po przepięknym parku, który podziwiam każdego dnia. Tutaj odpoczywam. Jestem bardzo szczęśliwy, że znalazłem nowy dom.

Sierpień 2017