post title
  • Leonora, 78 lat

„Jestem wdzięczna Bogu za to, że czuwa nade mną”

  Urodziłam się 14 maja 1941 r. w Wojciszanach - na terenach dawnego ZSRR. Gdy miałam kilkanaście lat, mama odeszła od taty i to na moich barkach spoczął obowiązek opieki nad dwoma braćmi i zajmowania się domem.
  Byliśmy odtąd zdani sami na siebie. Bracia jednak zmarli w młodym wieku, a ja wyjechałam do krewnych do Piły, gdzie znalazłam pracę w magazynie odzieżowym i tam przepracowałam ponad 20 lat.
  Z mężem Tadeuszem doczekaliśmy się dwóch córek - Basi i Małgosi. Los znów nie był dla mnie łaskawy - w wieku 38 lat zostałam wdową. Mieszkałam ze starszą córką Basią, jej rodziną i pomagałam zajmować się domem. Wtedy nadszedł kolejny cios od życia.
  Córka ciężko zachorowała i zmarła. Jak tylko mogłam pomagałam zięciowi w wychowaniu dzieci, ale moje zdrowie już nie było takie, jak kiedyś. Sama potrzebowałam coraz więcej opieki.
  Druga córka - mieszkająca na stałe w Londynie, znalazła dla mnie Dom w Wieleniu. Mieszkam tu i mam opiekę, jakiej wymaga stan zdrowia - przez całą dobę. Nie muszę się już o nic martwić, a moja córka Małgosia nie musi się o mnie martwić i przyjeżdża do mnie tak często, jak tylko może.
  Jestem wdzięczna Bogu za to, że czuwa nade mną, daje schronienie, opiekę i życzliwych wokół siebie ludzi.

Marzec 2020
post title
  • Pan Stanisław, 67 lat

„Uczę się kompromisów”

  Urodziłem się w Międzyrzeczu, a dzieciństwo spędziłem w Trzcielu. Byłem jedynakiem, a ponieważ matka zmarła jak miałem dwa latka wychowywali mnie dziadkowie. Ojciec ożenił się ponownie i miałem później przybrane rodzeństwo - 4 braci i 3 siostry.
  Z biegiem czasu nasze drogi się rozeszły. Ukończyłem szkołę zawodową - zdobyłem zawód stolarza, a później przez dwa lata uczęszczałem do technikum. Po jego ukończeniu zostałem powołany do wojska w Kożuchowie, gdzie spędziłem 2 i pół roku.
  Po wojsku podjąłem pracę w fabryce mebli, w Swarzędzu. Tam poznałem moją żonę, mieliśmy dwóch synów. . . Niestety nasze drogi po pewnym czasie się rozeszły i każdy poszedł w swoją stronę. Synowie założyli swoje rodziny . . .
  Z biegiem lat zacząłem chorować, w wyniku czego amputowano mi prawą nogę i przestałem sobie radzić. Skazany na wózek inwalidzki, stałem się zależny od innych i bywało trudno. Otrzymałem znaczny stopień niepełnosprawności.
  Trafiłem do domu pomocy społecznej w Chumiętkach, niestety nie zagrzałem tam miejsca - mam trudny charakter. Przed pięcioma laty przyjechałem do Wielenia. Uczę się kompromisów. . .
  Mam pokój jednoosobowy, jestem w stałym kontakcie ze swoimi synami i znajomymi.
  Pobyt w tutejszym domu jest jak najbardziej trafiony, jest czyściutko, spokojnie, mamy pyszne posiłki, a widoki wokół naszego Domu zapierają dech w piersiach.
  Wyjeżdżam do miasta po drobne zakupy, lub też nad rzekę Noteć, aby spotkać się ze znajomymi i czasem pomyśleć nad sensem naszego istnienia.

Sierpień 2019
post title
  • Magdalena, 41 lat

„Czujemy się tutaj jak we własnym domu”

  Urodziłam się w 1978 roku - w Trzciance. Byłam pierwszym dzieckiem moich rodziców i ich podwójnym szczęściem, bo urodziłam się 1 czerwca. Po dwóch latach urodził się mój brat Tomasz, a później brat Mirosław.
  Niestety - Tomasz i ja urodziliśmy się z porażeniem mózgowym. Szkołę podstawową skończyłam w Trzciance, a później uczyłam się w specjalnej szkole zawodowej, aby zdobyć zawód kucharza. Po jej zakończeniu zaczęłam uczęszczać na warsztaty terapii zajęciowej w Trzciance.
  Moi rodzice się rozwiedli, a my zostaliśmy z mamą, której w wychowaniu nas pomagali dziadkowie. Po ich śmierci moja mama zachorowała i nie miała już siły zajmować się moim bratem Tomaszem, dlatego umieściła go w domu pomocy społecznej w Rzadkowie. My nadal mieszkałyśmy w Trzciance, ale z uwagi na niepełnosprawność potrzebowałyśmy coraz więcej pomocy. Dużo pomagał nam mój brat Mirosław, ale miał już swoją rodzinę i wspólnie zdecydowaliśmy, że zamieszkamy w Domu Pomocy Społecznej w Wieleniu. Przybyłyśmy tu w styczniu 2009 r. Mieszkam z mamą w jednym pokoju i czujemy się tutaj jak we własnym domu.
  Brat wraz z żoną często zabierają nas na kilka dni do Trzcianki. Odwiedzamy wtedy rodzinę, kolegów i znajomych z terapii zajęciowej, jak również mojego brata Tomasza w Rzadkowie.

Październik 2019
post title
  • Pani Renata, 62 lata

„Codziennie dziękuję Bogu za ten Dom - mój Dom”

  Urodziłam się w Poznaniu, w 1957 roku. Mam dwóch młodszych braci, lecz tylko z jednym utrzymuję kontakt - drugi jest niestety alkoholikiem. Moja matka była dyrektorem w jednym z oddziałów PZU, a ojciec pracował w ambulatorium. Moje dzieciństwo nie należało do udanych. Matka mnie biła i karała dosłownie za wszystko, bałam się wracać ze szkoły do domu. Po skończeniu szkoły zawodowej zostałam kaletnikiem i podjęłam prace w zawodzie. Mając 18 lat poznałam mojego przyszłego męża Mieczysława. Nie czekając długo przeprowadziłam się z nim do Michałowic koło Zielonej Góry. Przeprowadzka miała być dla mnie wybawieniem, jednak okazała się później koszmarem. Wzięłam szybko ślub, a po kilku miesiącach byłam już w ciąży. Przy porodzie moja malutka córeczka zmarła - długo po tym dochodziłam do siebie. Mój mąż zaczął pić i pił coraz więcej. Nie dopuszczałam do siebie myśli o rozwodzie. Los sprawił, że znów zaszłam w ciążę. Bardzo się cieszyłam, a zarazem się bałam komplikacji. Mąż wciąż nie przestawał pić więc spakowałam się i wróciłam do Poznania. Zamieszkałam ze swoją ciotką - siostrą mojej mamy. Złożyłam pozew o rozwód i szybko stałam się wolnym człowiekiem. W rodzinnym Poznaniu na świat przyszła moja córka Agnieszka. Myślałam, że w końcu moje życie się poukłada. Podczas specjalistycznego badania, lekarze u mojej córeczki stwierdzili głębokie upośledzenie. Świat mi się zawalił - nie rozumiałam dlaczego to wszystko spotyka właśnie mnie. Nie chciałam się jednak poddać. Ciotka bardzo mi pomagała, lecz finansowo nie dawałyśmy już rady. Leczenie Agnieszki było bardzo drogie. Zarówno ja, jak i ona wpędziłyśmy się w spiralę długów, które spłacam po dzień dzisiejszy. Gdy ciotka zmarła nie radziłam sobie już zupełnie - często chodziłam głodna i zaniedbana.
  Nie mogłam podjąć żadnej pracy, gdyż Agnieszka wymagała całodobowej opieki.
  Jedna z moich sąsiadek widząc moją tragiczną sytuację zgłosiła mnie do Ośrodka Pomocy Społecznej, który to skierował mnie właśnie tutaj. W Wieleniu odnalazłam ciszę i spokój oraz opiekę dla siebie i córki, a tego potrzebowałyśmy najbardziej. Codziennie dziękuję Bogu za ten Dom - mój Dom.

Maj 2019