post title
  • Pani Helena, 86 lat

„Nic więcej w życiu mi nie potrzeba”

  Urodziłam się 25 lipca 1932 r. w Jeziorkach. Po kilku latach, wraz z rodzicami przeprowadziliśmy się do Nowej Wsi koło Trzcianki. Tam chodziłam do szkoły podstawowej, pomagając jednocześnie rodzicom w gospodarstwie. Miałam młodszego brata, który w wieku 10 lat zginął przygnieciony belką w młynie.
  Swojego przyszłego męża poznałam dzięki ojcu - przyjechał do niego kupić konia i został już na stałe.
  Mając 19 lat wyszłam za mąż i przerwałam naukę w zawodzie krawca, którym był także mój mąż. Po ślubie zamieszkaliśmy w Trzciance. Rozpoczęłam pracę w fabryce produkującej guziki, później skończyłam kurs kucharza i od tej pory pracowałam w kuchni. Najpierw w gospodzie, potem w domu dziecka i w domu pomocy społecznej. Miałam dwóch synów: Ryszarda i Waleriana - obaj byli elektrykami.
  Mój stan zdrowia nagle się pogorszył i przeszłam poważną operację. Choroba była początkiem złych zdarzeń w naszym życiu. Najpierw zmarł mój mąż, potem synowie. Starszy - Ryszard pozostawił żonę i dwoje dzieci. Przeszłam wiele złego, ale doczekałam się wnuka i wnuczki, którzy są moją wielką radością i oni obdarzyli mnie cudownymi prawnukami.
  Przez ostatnie sześć lat mieszkałam z synową, jednak jej stan zdrowia nie pozwolił dłużej się mną opiekować.
  9 stycznia 2019 przyjechałam do Wielenia, gdzie opieka jest naprawdę wspaniała i już nic więcej w życiu mi nie potrzeba.

Kwiecień 2019
post title
  • Pani Teresa, 85 lat

„Każdego dnia dziękuję Bogu”

  Urodziłem się 15 maja 1933 roku w Modzele, mam 85 lat.
  Było nas sześcioro. Pięcioro braci i ja jedna. Trójka braci zmarła, z pozostałymi mam stały kontakt.
  Mam dwie córki i dwie wnuczki, które mieszkają w Berlinie, mamy stały kontakt.
  Ukończyłam szkole pielęgniarską, pracowałam w zawodzie, również uczyłam dzieci Religi w szkole.
  Pochodzę z zamożnej rodziny, rodzice prowadzili gospodarstwo rolne, mieli dużo ziemi.
  W Zespole Domów Pomocy Społecznej w Wieleniu jestem od 3 marca 2017 roku. Jestem tutaj bo sama sobie nie dawałam rady, mdlałam, upadałam na ziemię. Choruję na schorzenia kręgosłupa, nadciśnienie i niewydolność tarczycy. Tutaj mam zapewnioną opiekę i czuję się szczęśliwa i bezpieczna. Mieszkam z dwoma innymi paniami, zaprzyjaźniłyśmy się. Korzystam z szerokiej oferty kulturalno – oświatowej Domu. Jestem osobą bardzo religijną, codziennie rano uczestniczę we Mszy Świętej. Czytam dużo książek religijnych.
  Każdego dnia dziękuję Bogu za nowy Dom i opiekę i mimo, że tęsknię za bliskimi to tutaj jestem szczęśliwa.

Październik 2018
post title
  • Pani Seweryna, 85 lat

„Jest mi lepiej”

  Urodziłam się 2.01.1934 r. Swoją rodzinę i dzieciństwo bardzo dobrze wspominam. Mieszkaliśmy wspólnie z dziadkami. Moja mama pracowała w Urzędzie Stanu Cywilnego w Zaniemyślu, a tata był kołodziejem. Miałam o 5 lat starszego brata - Arkadiusza.
  Po kilku latach przeprowadziliśmy się do Ostrowa Wielkopolskiego. Tam tata znalazł pracę w Fabryce Wagon, a mama zajmowała się domem. Po kilku latach mama zachorowała i w wieku 64 lat zmarła. Tata po ok. roku czasu od śmierci mamy po raz drugi ożenił się, ale tak właściwie to mama wybrała mu te drugą żonę - była to ich wspólna bardzo dobra koleżanka, z którą bardzo długo się znali. Miałam z nią bardzo dobry kontakt - wspierała nas tak, jak umiała najlepiej.
  W Ostrowie skończyłam szkołę zawodową jako piekarz, a miałam przecież zostać pielęgniarką (uśmiech). W szkole szło mi różnie - raz lepiej, raz gorzej, ale na wagary nie chodziłam. Oczywiście byłam namawiana przez kolegów i koleżanki, ale ja nigdy nie chciałam, a później wszyscy mnie wyzywali, bo cała klasa szła, a ja nie.
  Z pracą było wtedy trudno, ponieważ żadna z piekarni nie miała wolnych miejsc. Po kilku miesiącach podjęłam pracę w żłobku, ale też nie trwało to długo, bo żłobki zaczęto likwidować. Nieszczęśliwie złamałam nogę, przeszłam operację i ze względu na komplikacje, dość długo przebywałam na zwolnieniu. Po wyleczeniu podjęłam pracę w przedszkolu i tam poznałam mojego męża, który mieszkał w budynku przedszkola. Mój mąż pracował - tak jak mój tata - w Fabryce Wagon. Byliśmy zgodnym małżeństwem, każdego roku jeździliśmy w góry i nad morze. Dzieci nie mieliśmy - ja chciałam, ale mąż niekoniecznie. Mimo to chętnie wracam wspomnieniami do naszych wspólnych chwil.
  Po 20 latach zgodnego małżeństwa mąż zachorował na raka, przeszedł operację i wszystko było w porządku - jeździł na kontrolę, dobrze się czuł . . . Pewnego dnia, kiedy byłam na cmentarzu, a mąż w tym czasie pojechał na kontrolę do lekarza, stało się nieszczęście. Po moim powrocie do domu nie mogłam go znaleźć. Poszłam więc na strych i tam go znalazłam….niestety nie żył - powiesił się. To był dla mnie cios. Nie wiem co było przyczyną tego desperackiego czynu. Podejrzewam, że dowiedział się o nawrocie choroby i może to go dobiło. Ale dlaczego mi nie powiedział . . .
  W niedługim czasie zmarł mój tata, a 5 lat później moja druga mama. Zostałam sama. Kontakt miałam jedynie z moim bratem, który mieszkał w Konstancinie Jeziornej. Właściwie radziłam sobie , ale było ciężko. Życie toczyło się jednak dalej. Miałam dobrych sąsiadów, pomagali mi…. Później niestety doznałam udaru i straciłam wzrok - nie mogłam już być dłużej sama, bo przecież nie poradziłabym sobie. I tak 17 maja 2018 r. trafiłam tutaj . Ale nie żałuję - mam tutaj wszystko, czego mi potrzeba - cisza i spokój mi odpowiada. I mogę z całą pewnością powiedzieć, że jest mi lepiej niż w Ostrowie.

Styczeń 2019
post title
  • Daniel, 64 lat

„Wiem, że to moje miejsce”

  Urodziłem się z w Poznaniu. Mam dobry, systematyczny kontakt z bratem Piotrem, a drugi mój brat zmarł, kiedy był młodym mężczyzną. Myślę, że rodzice dobrze mnie wychowali, a przy tym byli bardzo zaradni. Ojciec pracował w drukarni, matka w różnych przedsiębiorstwach. Ogrodnik - to mój zawód wyuczony, więc pracowałem w ogrodnictwie. Lubiłem to, co robiłem - zwłaszcza pracę na świeżym powietrzu.
  Ojciec zaczął niestety chorować i w wieku 62 lat zmarł. Brat mieszkał ze swoją rodziną, a my z mamą zostaliśmy w domu, który ojciec wybudował własnymi siłami. Matka jednak wkrótce również zaczęła chorować, zapominała się, gubiła - nie radziłem sobie z tą sytuacją i nie byłem w stanie się już nią opiekować. Trafiła więc do DPS w Poznaniu.
  Moja choroba również postępowała i już sobie nie radziłem. Często przebywałem w szpitalach, dlatego brat z rodziną zadecydował, że powinienem trafić do domu pomocy społecznej. Wybór padł na zespół domów w Wieleniu i chociaż jestem tu stosunkowo niedługo, już wiem, że to moje miejsce. Korzystam z wszystkich ofert, jakie zapewnia ta placówka. Każda chwila jest dla mnie cenna - szczególnie moje codzienne spacery po terenie pięknego parku. Wyciszam się każdego dnia. Lubię i chcę tu mieszkać - mam już znajomych, na których mogę liczyć. Z satysfakcją stwierdzam, że jestem teraz szczęśliwym człowiekiem.

Lipiec 2018